
Nienawidzę szarej zimy. Białej też nienawidzę. W ogóle nienawidzę. Nie lubię. Nie podoba mi się. Ogólnie jestem na „nie” wobec wszystkiego i wszystkich. Z czego to wynika? Nie wiem, ale zawsze można zrzucić całą winę na pogodę. Że pada, albo, że nie pada, że słońce za bardzo, albo, że nie ma słońca, że za zimno, że za ciepło, że generalnie źle i nie tak. I jak mi (a może lepiej mnie?) się nie chcę do kogoś odzywać, to dlaczego nikt nie rozumie, że po prostu mi (mnie?) się nie chce odzywać do nikogo, tylko bierze to do siebie? Czy tak trudno to zrozumieć? Są takie chwile w życiu, że się nie chce i już. Że najchętniej wlazłoby się w tapczan i z niego nie wyłaziło, trzymając głowę gdzieś pomiędzy poduszką i kołdrą w ciemnej przestrzeni tapczanowej trumny. A ludzie przychodziliby i siadali nad głową i wreszcie by niczego nie chcieli. I nic nie mówili w moim kierunku, bo przecież nikt nie mówi pod siebie. Czasem tak strasznie nie chce się nic. I ten „wąż w brzuchu”, który siedzi tam i się wierci bez przerwy zdaje się wędrować w górę przez przełyk, aż do poziomu krtani nie zaciskając jej jednak całkowicie, tylko odrobinę z dnia na dzień poddusza człowieka, żeby był świadomy jego obecności.
Wyjść z tej sytuacji jest kilka. Można sobie dać spokój z tym wszystkim raz na zawsze. Sposobów jest wiele. Skakanie wydaję się słabe. Trudno przecież znaleźć w tym mieście odpowiedni budynek, wystarczająco wysoki, no i wystarczająco, rzekłbym, poetycki. No bo skakać z szarego bloku? Fuj! No chyba, że jakaś kamienica wysoka na starym mieście. Tylko trochę za krótka droga z góry na dół i być może próba byłaby nieudana, a to jest wykluczone. Do tego ludzie by się zbiegli pooglądać, bo przecież taka okazja może się już nie nadarzyć, a tego typu ekshibicjonizm nie wchodzi w grę. Kuchenka gazowa również odpada. No bo potem wybuchnąć może i istnieje możliwość, że komuś postronnemu stanie się krzywda, a tego nikt przecież nie chce. Sznur. Nie, sznur na pewno nie. Bo nie. Jakaś trucizna? To, w odpowiedniej konfiguracji, wydaje się być wyjściem najrozsądniejszym. Poczciwy diazepam, „mother’s little helper”, za Oceanem Valium, u nas znane prawie wszystkim Relanium. W ilości sporej. Oczywiście zapite jakimś alkoholem. Tylko broń Boże byle jakim! Jim Beam, powiedzmy. Szklanka, albo trochę więcej, wypita jak najszybciej się da. I jeden szczegół jeszcze. Żeby uniknąć nieprzyjemnych skutków ubocznych, typu konwulsje, wymioty, dobrze jest, w momencie kiedy wiadomo, że nie ma już odwrotu, a zobojętnienie na wszystko osiągnie już wymagany poziom, włożyć sobie na głowę worek foliowy w odpowiednim rozmiarze. Oddech i tak już słabnie, a worek przyspieszy całą sprawę i zagwarantuje przyjemne niedotlenienie, a co za tym idzie, mogą pojawić się kolorowe wizje. Taki grand finale powiedzmy, jak pokaz sztucznych ogni w Disneylandzie.
I już. Po krzyku. Można też inaczej, „na żywca” próbować tego węża zgładzić (życie jest straszniejsze i piękniejsze jeszcze jest; / wszystko przy nim blednie, blednie nawet sama śmierć;). Można z nim walczyć. W całym teatrze życia (czy nie-teatrze?) szukać miłości, piękna i szczęścia, albo, uświadomić sobie, że tak naprawdę to wszystko już się ma. I w ogóle nie trzeba daleko szukać. Bo przecież to, że ktoś mówi, że zadaje sobie trud wyartykułowania kilku słów w naszym kierunku, to już bardzo wiele (a czasem niestety zbyt wiele…). I wcale nie chodzi temu komuś o to, „że pogoda tej zimy wyjątkowo depresyjna” (w zasadzie tej zimy pogoda wyjątkowo zimowa, czyż nie?). Wszystko sprowadza się do kwestii wyboru, tego, czy idzie się na łatwiznę, czy nie. Będąc świadomym pewnych kwestii, może czując trochę bardziej niż większość, trudno jest przecież bezmyślnie ciągle się uśmiechać, bądź razem, zbiorowo, narodowo-telewizyjnie płakać. O ile przyjemniej jest zakpić sobie po raz kolejny ze wszystkiego i wszystkich!
Opublikował/a kiffi