Narkotyki, dopalacze, dusze niemyte

styczeń 21, 2009

Wracając do opinii publicznej: byłem i jestem dotąd nałogowym palaczem, walczącym bohatersko od lat dwudziestu ośmiu ze straszliwym przyzwyczajeniem. Do pewnego stopnia można by mnie uważać w pewnych okresach za nałogowego pijaka, o ile za takiego (różne są standardy — wzorce) uzna się kogoś, kto urzyna się przeciętnie raz na tydzień, potem nie pije miesiąc albo i więcej i który miał jedną jedyną w życiu pięciodniówkę (a propos pewnej premiery scenicznej — okoliczność wysoce łagodząca) i do dziesięciu trzydniówek i który nigdy nie chlał wódy rano przy goleniu się. Ale nigdy nie byłem kokainistą — temu przeczę stanowczo, mimo że dla wielu perwersyjnych kretynów i to moje oświadczenie może być właśnie dowodem za, a nie przeciw. O ile można by mnie nazwać okresowym pijakiem, „Wochensaufer” na przestrzeni lat dziesięciu, to proponowałbym nazwę „Quartalkokainist” w okresie trzyletnim, i to z dużą przesadą. [...] Nigdy nie byłem morfinistą, mając idiosynkrazję do tego specyfiku [...] ani eteromanem, z powodu jakiegoś braku zaufania do eteru, mimo że używałem go parę razy w życiu: z wódką i przez wdychanie. [...] Tak więc stanowczo odpieram zarzuty co do nałogowego używania wyżej wymienionych preparatów, przyznając się do sporadycznego używania peyotlu i meskaliny [...]. Również przeczę przy sposobności, jakobym oddawał się homoseksualizmowi, do którego czuję wstręt najwyższy; jakobym żył płciowo z moją syjamską kotką Schyzią ([...] którą bardzo lubię, ale nic poza tym) i jakoby nierasowe zresztą kocięta z niej zrodzone były do mnie podobne, [...] jakobym był blagierem i rzucał się na kobiety przy lada sposobności, jakobym uwodził mężów żonom, chodził we fraku [...] na Giewont, pisał sztuki sceniczne dla kawału, nabierał i kpił, i nie umiał rysować. Wszystko to są plotki wymyślone przez jakieś obskurne baby, kretynów i idiotów, a nade wszystko przez draniów chcących mi zaszkodzić. Odpieram te znane mi plotki i z góry te wszystkie, które krążyć jeszcze o mnie w Zakopanem i jego przysiółkach będą. Szlus.

Tak jest, szlus, wy wszyscy obłudnicy. Tak właśnie, drogie dzieci, pisał Witkacy we wstępie do dzieła swego dosyć nieskładnego i pomieszanego, w którym zawarł szereg prawd dotyczących prawie wszystkiego, wyłamując się poza niechęć do wyrażania opinii w formie, która miałaby spełniać funkcję społecznie edukacyjną, niechęci, która była również wyrazem postawy opozycyjnej do pozytywistycznych ideałów ojca autora. W dziele owym, między innymi, zawarł autor opis pewnych substancji psychoaktywnych, uwzględniając ich działanie i, oczywiście, przestrzegając przed zgubnymi skutkami środków tych zażywania. Pisałem już kiedyś o całej hipokryzji i kompletnym barku wiedzy co do specyfików innych niż alkohol czy tytoń w naszym kraju, wiele przemian jednak, które zachodzą i nowych zjawisk, które mają miejsce, skłoniły mnie do podzielenia się moją ponadprzeciętną i ciągle poszerzaną wiedzą na ten temat.

Otóż społeczeństwo nasze jest w fundamentach swoich tak beznadziejnie słabe, że godzimy się wszyscy na robienie nam krzywdy przez innych i oczywiście również sami sobie krzywdę robimy. W świecie istnieje stereotyp Polaka pijaka, z którym często nie polemizujemy, ba, czasami nawet owym pijaństwem narodowym zdajemy się szczycić, jako cechą narodową „mocnej głowy”. Tak więc, dajmy na to Brytyjczyk, pierwszy z lewej (lub z prawej), powie, że Polak, tak samo jak Ruski zresztą, to opój niezmierny. Polacy nie gęsi, wyspy już sami trochę znają i widzą przecież, do diaska, jak wygląda picie u Brytoli, szczególnie u tych młodszych. W odróżnieniu od nas, oni żadnej kompletnie kultury picia nie mają. I co owi Brytole robią? Otwierają kilkadziesiąt sklepów sprzedających tzw. dopalacze w naszym pięknym kraju.

Czym są owe dopalacze? Z jednym tylko wyjątkiem, substancjami, które Witkacy gdyby żył, uznałby za iście szatańskie i destrukcyjne. W zasadzie to ciężko stwierdzić w ogóle co się pod słowem „dopalacze” kryje, ponieważ skład wielu tych substancji nie jest do końca znany (!). Na dodatek, sprzedawane są one jako artykuły kolekcjonerskie, nie przeznaczone do spożycia. Co do znanych substancji, które można w tych sklepach nabyć, znajduje się wśród nich N-benzylopiperazyna, składnik popularnych tabletek Diablo. Bardzo silny specyfik, o działaniu podobnym do amfetaminy czy MDMA zawartej w tabletkach extazy, mający jednak często poważniejsze skutki zdrowotne. Dlaczego więc jest legalny? Otóż dlatego, że żaden szanujący się ćpun nie sięgnąłby po coś dającego tak niewiele, za cenę tak drastycznych czasami skutków ubocznych, prawie żaden więc uliczny rynek tej substancji nie istniał, po prostu nie było popytu. Teraz jednak, dzieciak szukający nowych wrażeń powiedzmy z gimnazjum, nieznający żadnego dilera, może poprosić starszego kolegę z dowodem osobistym aby mu taki specyfik w rzeczonym sklepie zakupił. Sam byłem świadkiem zdarzenia, kiedy to grupka małolatów kłębiła się wokół tego sklepu i pytała się niewiele starszych przechodniów, czy czasem nie mają przy sobie dowodu osobistego, niezbędnego do dokonania zakupu. Paradoksalnie, lepiej byłoby dla zdrowia tych małolatów, gdyby zamiast tabletek Diablo nabyli pół grama marihuany od osiedlowego dilera (sic!). W prawdzie już planowana jest nowelizacja prawa, ale jestem przekonany, że na miejsce jednej zakazanej substancji pojawi się pięć nowych, być może nawet bardziej szkodliwych.

Jeszcze ciekawszym przykładem potwierdzającym tezę, że w Polsce polityka przeciwdziałania narkomanii jest beznadziejnie nieudolna jest fakt, że narkotyki można nabyć w aptece bez recepty (naprawdę, drogie dzieci, chociaż wiem, że dla wielu to nic odkrywczego). Jest wiele leków sprzedawanych praktycznie każdemu i praktycznie zawsze, które nabywane są przez młodzież w celach rekreacyjnych. Na przykład, szereg leków zawierających pseudoefedrynę, działającą stymulująco, na przykład dekstrometorfan, składnik popularnego przeciwkaszlowego Acodinu, który zażyty w większej ilości daje doznania psychodeliczne. I last but not least, leki zawierające kodeinę (Thiocodin, Antidol), składnik opium, słabszy wprawdzie od morfiny, mogący jednak uzależnić fizycznie, dając objawy odstawienne podobne do tych, które występują po zaprzestaniu zażywania heroiny. Wystarczy prześledzić pewne młodzieżowe fora internetowe aby przekonać się, jak wielu jest uzależnionych od tej substancji, borykających się z tego powodu z wieloma problemami.

Żyjemy więc w kraju ciemnoty i hipokryzji narkotykowej, pozwalamy, żeby młodzież niszczyła sobie zdrowie szkodliwymi substancjami zupełnie legalnie, a za te często mniej szkodliwe posyłamy do więzienia. Nie ma też żadnej edukacji w tym kierunku, która przecież jest sprawą absolutnie fundamentalną, nie wystarczy młodym ludziom stykającym się na co dzień z mnóstwem substancji mówić „nie bo nie”. Kuleje również leczenie uzależnień, które są przecież złożonymi chorobami ośrodkowego układu nerwowego, ale to już temat na oddzielną rozprawę. Nie jest dobrze, ale mam nadzieję, że w miarę postępujących pozytywnych zmian jakie mają miejsce w Polsce i ta sfera życia społecznego zostanie chociaż odrobinę polepszona.

Wracając do Witkacego, który i w tym temacie wyprzedził swą epokę, a któremu ufam bardziej niż papieżowi, wierzę mu w zupełności jeśli chodzi o powyższą deklarację. Plotki, stereotypy i wymyślanie niestworzonych rzeczy o ludziach odbiegających od średniej to domena osób małych, zakompleksionych i z całej siły niecierpiących odmienności z której przecież bierze się większość piękna na tym świecie. Tak o Witkacym pisze doktor Teodor Birula — Białynicki:
Staś lubił doświadczenia z peyotlem tak samo, jak ze wszelkimi dostępnymi mu narkotykami bądź ze środkami, które zdaniem jego mogły wpływać na stan psychiczny człowieka. [...] Toteż skrzętnie notował na swych obrazach nawet wypitą literatkę piwa, „pyfko” albo filiżankę kawy „Cof.” albo „Cocaina”, jakkolwiek czasem chodziło o wpuszczenie do nosa kilku kropel inszej kokainy z cynkiem (krople do oczu). [...] Z tej jego pasji do eksperymentów powstała dookoła niego brudna i bardzo dla niego bolesna legenda, że „Witkacy — to narkoman”. Jakkolwiek w czerwcu 1947 r. krótko sprostowałem tę legendę w „Ekspresie Wieczornym”, zaś w „Głosie Plastyków” (grudzień 1947)uczyniłem to samo nieco szerzej, tym niemniej i na tym miejscu uważam za swój obowiązek kategorycznie zaprotestować przeciwko posądzeniu St. Ign. Witkiewicza o narkomanię. Do protestu takiego czuję się upoważniony i zobowiązany jako jego wieloletni przyjaciel i jako lekarz. Ta pasja do eksperymentów z narkotykami wywodzi się zapewne z osobowości psychicznej St. Ign. Witkiewicza. [...] To dorosłe, a zarazem prawdziwie „niezwykłe dziecko” nie umiało, w pewnych wypadkach nie chciało dawać sobie rady z rzeczywistością, w pierwszym rzędzie z codzienną, praktyczną, życiową. Z drugiej strony warunki jego bytowania tak się ułożyły, że nie mógł on w pełni wyładować swego niezwykłego dynamizmu, nie mógł uaktywnić w pełni ogromnego potencjału energetycznego, który tkwił w jego osobowości. Z tego wynikało jego nienasycenie i stale nurtujące w nim dążenie do ucieczki od tej realnej rzeczywistości. Sądzę, że gdyby był on bardziej „praktyczny”, to stałby się reformatorem — politycznym, socjalnym, religijnym i zmieniałby swoje zewnętrzne środowisko w szerokiej skali. [...] Stąd jego zadziwiający dynamizm, czy to w „pracy”, czy w „zabawie”, czy w eksperymentowaniu — dla niego wszystko to było odmianami twórczości.