Julio w Lublinie

grudzień 8, 2008

Ponoć pisanie o komunikacji miejskiej jest tak banalne, że trudno znaleźć sobie jakiś bardziej banalny temat, życie niesie jednak wydarzenia tak mało oczekiwane i zadziwiające, zmuszając do wyrażenie siebie w sprawach uznanych za hańbiąco powszednie. Z drugiej strony, w chwilach pozornie pustych kompletnie, w codziennych momentach powtarzanych tak często, że nie zwraca się na nie  uwagi i przeżywa nieświadomie, można czasem znaleźć tyle cudownego, wzruszającego zdumienia. Czyż jest to ta szlachetna, antyczno-herbertowska prostota, która we wszystkim znajduje piękno i czasami nabiera cech wyszukanej, a nawet wyuzdanej estetyki, pozwalając pisać wiersze o stołkach i kamykach? Nie wiem, ale wiem, że ci, którzy uważają miejską komunikację za temat wyczerpany są albo ślepi, albo zupełnie niewrażliwi.

* * *

Autobusów staram się unikać, bo nie wytrzymuję ich psychicznie, ale czasem jestem zmuszony udawać się za ich pomocą na miejskie ekskursje. Jest jak jest, nie ma co się rozwodzić nad tym i narzekać, ale pewna sprawa, którą analizowałem, zmusiła mnie do ujawnienia mych obserwacji. Mianowicie, walę prosto z mostu, odkryłem pewną grupę ludzi również już literacko wyeksploatowaną, jednak w wersji polskiej, lubelskiej. Być może naczytali się czegoś i próbują swoich sił. Mianowicie, są to ludzie, którzy w odróżnieniu ode mnie, nie tyle komunikacji miejskiej nie unikają, ale, tu uwaga, w komunikacji owej większość swych marnych żywotów spędzają. Jeżdżą od końcowego do końcowego, czasami zmieniając tylko linie, i tak cały dzień boży, a nawet i noc, jeśli akurat przypada okres kursowania autobusów nocnych. Po co, dlaczego, każdy trzeźwy zapyta, cóż to za bieguni, nie cierpiący bezruchu, cóż to za turpiści miłujący autobusową brzydotę, czy nie mają nic innego do roboty? Bezrobotni, na zasiłku, renciści? A może, o zgrozo, mają jakiś plan straszny opanowania miejskich dyliżansów, czy też wzniecenia powstania autobusowego? Należy zaznaczyć, że zajmują oni miejsca siedzące i nie ustępują ich nawet najbardziej niedołężnym pasażerom. Ostatnio widziałem jednego z nich na przystanku, stał obok mnie, jakby zbyt blisko i ostentacyjnie, palcami wyposażonymi w okropnie długie i brudne paznokcie, dłubał sobie w nosie. Z początku nie zorientowałem się, że to członek tej dziwnej sekty, ale kilka cech wyglądu i ubioru zdradziło go, otóż ubrany był w kurtkę brązową i spodnie koloru podobnego, nic dziwnego, powiecie, jednak obie te części garderoby były w stylu panującym w naszym kraju w latach siedemdziesiątych, jakby siłą ktoś je wyrwał z filmu, na przykład, Barei. Na głowie osobnik ten posiadał czapkę zimową, nałożoną jednak w sposób taki, że tworzyła ona jakby stożek. Wieku średniego, podobnie jak wzrostu, brunet, włosy również ani krótkie, ani długie. I cera, ta charakterystyczna cera! Z racji dziwnego zajęcia tych ludzi, cera ich przyjmuje kolor spalin. Tak, spalin, a że spaliny autobusowe zwykle są szare (chociaż nie jest to regułą), można powiedzieć, że cerę miał szarą, zahaczającą lekko o kolor siny (jest taki kolor?), czy też brunatny. Słyszałem kiedyś, że w Buenos Aires swego czasu, w metrze, miała miejsce sytuacja podobna, gnieździli się tam ludzie wiodący żywot podziemny, jeżdżąc bez przerwy pociągami, nie oglądając w ogóle świata istniejącego na powierzchni. Tak, w Lublinie metra nie ma, ale miało być, wiem, mało kto tego faktu jest świadom. Wywiercono już nawet tunele testowe, wyjątkowo jednak wąskie, gdyż grubszymi wiertłami ojczyzna ludowa nie dysponowała. Pierwsza stacja metra miała znajdować się przy ulicy 3-go Maja na Placu Litewskim. Z racji zarzucenia projektu, spowodowanego brakiem odpowiednich wierteł, prototypową stację przerobiono na szalet miejski. Spostrzegłem kiedyś jednego z nich wysiadającego z autobusu właśnie w pobliżu  szaletu, pobiegłem za nim, chociaż spieszyło mi się gdzie indziej, ale, czego się nie robi dla sprawy. Zszedł po schodkach do miejskiej toalety, odczekałem chwilę, żeby nie budzić podejrzeń i pobiegłem za nim. Zbiegam po tych samych schodkach co on przed chwilą i co widzę?! Nic nie widzę! Osobnik znikł! Nawet buty po nim nie zostały! Oszołomiony wyszedłem, musiałem usiąść na ławce, żeby odsapnąć i ochłonąć po tym zjawisku iście przecież paranormalnym.

Myślałem długo, tak, myślałem, jak zareagować, co zrobić z tym wszystkim, czy zgłaszać gdzieś fakt istnienia tej dziwnej sekty nieustannych podróżników autobusowych, może na policję (nie, tam na pewno nie), czy może do władz miasta, czułem się jednak w moich obserwacjach odosobniony, każdy, komu opowiadałem o tym, a kogo uważałem za zaufanego przyjaciela pukał się w głowę po prostu z niedowierzaniem. Bezduszni ludzie, bezduszni i niewrażliwi na świat, który ich otacza, na świat, który ociera się o nich codziennie w zatłoczonych autobusach. To musiało się stać. Musiało, jako kolej rzeczy zupełnie oczywista. Nikt nie może przecież bez konsekwencji dla zdrowia psychicznego jeździć bez przerwy autobusami. Nawet nie pamiętam jaki to był dzień tygodnia, jaka była wtedy pogoda. Nie pamiętam nawet dobrze jak on wyglądał. Pamiętam tylko, że byłem zupełnie pewien, to musiał być jeden z nich. Siedział spokojnie na miejscu matki z dzieckiem. Patrzył przed siebie, ani przez chwilę w bok, nie mówiąc już o oglądaniu się za siebie. Przy hipermarkecie wstał i wysiadł, ja również, chociaż nie był to mój przystanek. Szedłem za nim. Poruszał się spokojnym, zdecydowanym krokiem. Wszedł do środka, po czym skierował się do restauracji, co mnie zdziwiło, bo ludzie z jego sekty, jak wynikało z moich obserwacji, nie byli skłonni do tego typu rozrywek. Usiadł przy stoliku, podszedł kelner, nie wiem, co zamówił, stałem zbyt daleko by to usłyszeć. Potem, z zadziwiającym spokojem, wyciągną z kieszeni rewolwer rodem z westernów i strzelił sobie w głowę. Krew tysiącami czerwonych, małych kropek pokryła twarze prawie wszystkich gości w restauracji. Wrzask kobiet zagłuszyły jednak znajome odgłosy bip bip bip dobiegające z nieustannie i w pośpiechu pracujących hipermarketowych kas.