
Nieuchronny proces ciągłego, ludzkiego dojrzewania wiąże się nierozerwalnie z tym, że rzeczy, które kiedyś były fajne, fajne być przestają. I nie ma na to rady. Fajne przestają być urodziny, święta, ludzie i ogólnie rzeczywistość traci sporo na swojej fajności. Nie chodzi tu bynajmniej o zyskiwanie pewnej dorosłej świadomości, ale bardziej o zwykłą nudę, brak entuzjazmu i ogólne przeświadczenie o tym, że lepiej już było. Szuka się wtedy jakiegoś punktu zaczepienia, jakiegoś sensu ogólnego i czegoś co w sposób właściwy dla naszej zwierzęcej natury dawałoby chociaż chwilowo wymarzone, nieustanne i bezwarunkowe szczęście. Określenie swojej tożsamości i pewność tego, że to co robimy i jacy jesteśmy jest naprawdę dobre i zmierza gdzieś w odpowiednim kierunku wydaje się w takiej sytuacji kluczowe. Cóż jednak począć, gdy w momencie kiedy już prawie całkiem pewni jesteśmy siebie samego i uważamy, że mamy rację, a nagle pojawi się w nas okrutne poczucie winy – skoro uważam się za takiego, jakim być powinienem, to czy patrząc na innych zbyt surowo ich nie oceniam? Skoro ktoś jest inny niż ja i ci, których podziwiam i szanuję, to czy wypada czuć się lepszym?
W 1925 roku w Dayton w stanie Tennessee odbył się słynny proces sądowy. Nauczyciel z tamtejszej szkoły został oskarżony o złamanie prawa stanowego, które zabraniało przedstawiania uczniom teorii ewolucji, jako sprzecznej z biblią. Proces owy stał się ogromnym wydarzeniem medialnym, przyciągną uwagę opinii publicznej i przyczynił się do ogólnonarodowej dyskusji na temat styku wiary i nauki. Powstał nawet film opisujący tamte dni, a echa procesu zwanego „małpim” po dziś dzień obecne są w światowej popkulturze. A jak się wszystko skończyło? Nauczyciel został skazany (karę grzywny uchylono w wyższej instancji), a jego oskarżyciel zmarł pięć dni po ogłoszeniu wyroku. Cały proces okazał się w końcu bardziej farsą niż tragedią, a prawdziwa motywacja i argumentacja zarówno obrony jak i oskarżenia utonęła w niezliczonych relacjach medialnych. Ujawnił się jednak pewien światopoglądowy podział, który w Stanach w tamtych czasach nie był jeszcze aż tak oczywisty. Jakie Dayton jest dzisiaj? Jak twierdzi Vicki Morgan, właścicielka niewielkiego pensjonatu: “Jeśli spytasz 20 mieszkańców miasta, jakie jest pochodzenie człowieka, wszystkich dwudziestu odpowie ci, że został on stworzony przez Boga na Jego obraz i podobieństwo”. Poza tym, mieszka tam 5670 osób, znajduje się 47 kościołów i 2 księgarnie (obie chrześcijańskie). Alleluja!
Jak podejść do tego typu sprawy, przecież sytuacje wymagające podobnej oceny przytrafiają mi się prawie codziennie. Jak mam popatrzeć na panią z amerykańskiego południa, która z dumą prezentowała mi za pomocą jakiegoś telewizyjnego filmu dokumentalnego swój tradycyjny fartuszek, z dwoma kieszonkami – jedną na biblię, drugą na… pistolet. Niestety, na rodzimym podwórku podobne przykłady, choć może nie tak drastyczne, dotyczące bardzo różnych dziedzin życia, również się mnożą. Staram się opanować, staram się zrozumieć drugiego człowieka, wczuć się w niego, w realia, które sprawiły, że jest taki, a nie inny. Czasami pozostają mi pamiętne słowa mojego wychowawcy z liceum, który o pewnym koledze, któremu zdarzyło się nabroić, powiedział: No jaki on jest głupi! Chociaż nie, nie powiem tak, on po prostu głupio postępuje. Trzeba sobie ten bezmiar głupoty dookoła jakoś wytłumaczyć, lepiej lub gorzej.
Czasami jednak trudno sobie to wszystko w głowie poukładać, czasami kończy się cierpliwość, boli brzuch, głowa i ta dualistyczna rzeczywistość (my i oni, nasz naród jak lawa) przygniata dosyć dotkliwie. Głupia wątpliwość i niepewność zupełnie irracjonalnie wciska się do głowy, a bycie sobą wydaje się kompletnie nieopłacalne. I co wtedy? Wtedy pozostaje chwila spokoju i swego rodzaju uniesienia, chwila oderwania się od realiów codzienności, którą akurat w moim przypadku gwarantuje spojrzenie na wyżej widniejącego słonia podpierającego się trąbą, w tej jakże niecodziennej scenerii. Jest coś w tym obrazku wyrwanym przeze mnie z filmowego kontekstu, co kazało mi zapamiętać ten kadr chyba już na zawsze, chociaż ta scena trwa tylko kilka sekund. Przemijająca, nieuchwytna, chwila, niczym foliowa reklamówka na wietrze w filmie American Beauty. I w takich, pozornie pozbawionych znaczenia momentach znaleźć można wiele elementarnego poczucia dobra i pewności, że jeśli jest się prawdziwie sobą, to nie można być lepszym lub gorszym. Ludzie zawsze bardzo się różnili, problemy pojawiały się tylko wtedy, gdy przestawali ze sobą rozmawiać. A jeśli ktoś tego nie rozumie, to tylko jego strata.
Opublikował/a kiffi