Obejrzałem film „Rysa” Michała Rosy. Ładny. Ucieszyłem się bardzo, kiedy usłyszałem, że moja opinia o pewnej społecznej funkcji tego filmu zbiegła się z zamierzeniem reżysera. Obraz ten nie daje bowiem żadnej konkretnej oceny, nie potępia w szczególny sposób, ani też nie gloryfikuje. A o czym opowiada? Temat być może oklepany medialnie, w polskim kinie to jednak pewna nowość – żona, po kilkudziesięciu latach małżeństwa, skądinąd dosyć szczęśliwego, dowiaduje się, że jej małżonek był ubekiem i ożenił się z nią w celach operacyjnych. Od tego wszystko się zaczyna, kończy natomiast bez konkretnej moralnej odpowiedzi.
Gdzie zatem szukać takiej odpowiedzi? Komu uwierzyć, czy tym, wnioskującym o totalne „oczyszczenie” życia społecznego, czy może tym, którzy najchętniej wszystkie archiwa oddaliby na pastwę płomieni? Według mnie, najrozsądniejsze rozwiązanie znajduje się gdzieś pośrodku, chociaż nie jestem tego do końca pewien, może dlatego, że jestem jeszcze małym chłopcem i pewnych czasów nie pamiętam, chodź nie wydaje mi się to argumentem dla którego nie miałbym zabrać głosu w tej dyskusji.
Jeszcze nie tak dawno ujawniono pewne rewelacje według których Wałęsa miał być ubekiem. Rozeszło się po kościach, a ostatnio słuchając przemówienia Normana Davies’a na urodzinach TW Bolka doszedłem do wniosku, że przyjmę jednak tę starą wersję historii. Dziwne jest jednak to, że nawet historia może mieć kilka wersji, wnioskując jednak z owego przemówienia, w którym była mowa o japońskim profesorze, specjaliście od historii Polski, opierającego przyczyny wszystkich istotnych wydarzeń które miały miejsce w naszym kraju (z wybuchem drugiej wojny światowej włącznie) na wydobyciu soli, zapewne z powodu wizyty w Wieliczce, nawet kolejne wersje tej samej historii mnie nie zdziwią. Podobnie jest na przykład z relacjami z imprez, które przedstawiają mi znajomi. Każda wersja jest inna, oczywiście korzystniejsza dla opowiadającego.
Donosił też Wolszczan. Jedyny żyjący polski naukowiec cieszący się tak wielką międzynarodową sławą. Był wymieniany w kręgu kandydatów do nagrody Nobla. No, gdyby ją dostał, zapewne przez niektórych ta nagroda zostałaby określona mianem ubeckiej: Miłosz, zdrajca, uciekinier, Wałęsa, wiadomo, Bolek, Szymborska, też, zdarzało się, oskarżano ją o chwalenie władzy ludowej, a teraz na dodatek Wolszczan, donosiciel. Dzięki bogu, Nobla nie dostał…
W nurt rozliczeń historycznych wpisuje się też proces gen. Jaruzelskiego. Bardzo ciekawe medialne widowisko, kolejny świetny temat dla TVN-u, kolejna możliwość przeprowadzenia kilkugodzinnej transmisji na żywo. Czy coś poza tym? Według mnie, zupełnie nic. Te same argumenty obrony i również te same oskarżonych, a proces i tak skazany na niepowodzenie, z bardzo różnych przyczyn. Kto ma tutaj rację, nie wiem, nie staram się nawet zbyt mocno nad tym zastanawiać, ale wiem jedno – w błędzie na pewno są ci, którzy twierdzą, że istnieją dowody na brak możliwości wkroczenia wojsk radzieckich do Polski na początku lat osiemdziesiątych. W tamtym kraju nie było i nie ma dowodów na nic, nawet na to, że to oni wysłali pierwszego człowieka w Kosmos.
Całość tych wszystkich lustracyjnych szopek dla człowieka myślącego racjonalnie jest kompletnie bezsensowną grą, która świetnie udowadnia to, że ta sfera życia publicznego w którą wkracza polityka, od razu staję się kompletnym bagnem. Trudno jest jednak, szczególnie mi, człowiekowi młodemu, niepamiętającemu tamtych czasów, wyrazić jednoznaczny moralny osąd. Wiadomo powszechnie, że realia, które wtedy panowały, często ujawniały w ludziach ich najgorsze cechy i prowadziły do zachowań wysoce nagannych, co nie ulega najmniejszej wątpliwości. Nie każdy potrafił tak jak na przykład Piotr Fronczewski odpowiedzieć ubekowi proponującemu mu puszczenie płazem jazdy po pijanemu w zamian za współpracę („to będę, kurwa, jeździł rowerem”), nie znaczy to jednak, że od każdego musimy bezwzględnie wymagać takiego bohaterstwa. Rozumiem po części manicheizm np. Bronisława Wildsteina, człowieka heroicznie walczącego z reżymem PRL-u, nie mogę za to zrozumieć tego, że tacy ludzie nie są w stanie uświadomić sobie, że walka się już skończyła i w ten sposób, wykorzystując swój autorytet i ogólny szacunek, zatruwają życie polityczne i społeczne. Jest przecież w tym kraju mnóstwo o wiele bardziej prozaicznych spraw, którymi tak wybitne umysły mogłyby się zająć, zamiast bezustannie walczyć z wrogiem, którego przecież już nie ma. Owemu nurtowi ideowemu towarzyszy przekonanie, że jeśli uda się, za pomocą badań historycznych i procesów sądowych, osądzić zdrajców i wskazać bohaterów, to jednocześnie doznamy zbiorowego, narodowego katharsis i rozejdziemy się w pokoju Chrystusa, a Polska zrzuci kajdany i stanie się wreszcie wolnym krajem. Oczywiście, moim zdaniem to kompletny absurd. Jeśli ktoś sądzi, że nazywanie jednego szują, drugiego mniejszą szują, trzeciego herosem, na podstawie ubeckich notatek i badań często dziwacznych historyków doprowadzi do oczyszczenia moralnego, to mogę mimo młodego wieku stwierdzić, że to zupełny idiotyzm i strata czasu.
Zastanówmy się nad tymi bohaterami, którzy często żyją obok nas, nie chełpiąc się swoimi dokonaniami, tymi dziadkami i babciami będącymi często weteranami drugiej wojny światowej, walczącymi potem ze stalinizmem. To, że zabierze się emeryturę Jaruzelskiemu nie wpłynie na ich życie ani odrobinę, nie pomoże im to w kupnie leków czy w opłaceniu czynszu. Zajmijmy się nimi, zamiast ubekami, oni są tego warci, a z powodu upływającego czasu jest ich wśród nas coraz mniej, a niedługa znikną zupełnie i pozostanie tylko garstka wszystkowiedzących, moralnie nieomylnych fanatyków, rozróżniających tylko dwa kolory – czarny i biały – nieustannie skaczących sobie do gardeł.
Opublikował/a kiffi