Serce przestaje bić. Krew zatrzymuje się w żyłach i tętnicach. Następuje śmierć pnia mózgu, odpowiedzialnego za podstawowe czynności życiowe, takie jak oddychanie. Od tej pory, zgodnie z oświadczeniem podpisanym wcześniej, człowiek przestaje istnieć. Nie ma już nawet jego ciała, za to pojawia się preparat. Teraz, należy naciąć którąś z dużych tętnic, powiedzmy udową, i wprowadzić formalinę, która zastąpi krew i przesiąknie cały preparat uniemożliwiając rozwój drobnoustrojów powodujących pośmiertny rozkład. Potem preparat umieszcza się w kąpieli formalinowej i właśnie w tej, utrwalonej formie, trafia on na stół przed studentów, służąc im przez parę lat, w całości lub w częściach, aby potem zostać złożonym w zbiorowej mogile.
Tak właśnie wygląda droga, którą przebywa ciało zmarłego człowieka dobrowolnie decydującego się na ofiarowanie swych zwłok uczelni medycznej. W większości przypadków preparaty, które służą studentom pochodzą z innych źródeł, są to zwłoki osób niezidentyfikowanych bądź też tych, za których pogrzeb rodzina nie zapłaciła. Jednak ktoś, kto decyduje się na to, żeby po śmierci zupełnie zniknąć nie pozostawiając nawet kawałka ciała swoim bliskim, aby mogli je w ich mniemaniu godziwie pożegnać, wydaje się być w społeczeństwie polskim absolutnym ewenementem. Właśnie o takim człowieku opowiada film Mariusza Koszałki „Istnienie”.
Nie miałem szczęścia co do tej produkcji, ilekroć gdzieś można było ją zobaczyć, z przyczyn losowych nie byłem w stanie tam dotrzeć. Dlatego byłem mile zaskoczony, kiedy podczas Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu, gdzie przebywałem dość krótko, obejrzałem film i na dodatek miałem okazję uczestniczenia w spotkaniu z kontrowersyjnym reżyserem. Jednak nie sam film, bardzo dobry swoją drogą, a problem, który poruszał, stał się tematem moich przemyśleń. W zasadzie jest to temat chcąc nie chcąc szczególnie mi bliski, na dodatek prawie każdy dowiadujący się o mojej przyszłej profesji musi zapytać się o tego nieszczęsnego „trupa”, skąd on się bierze, jak wygląda no i co się z tym właściwie robi.
Podczas spotkania autorskiego ktoś zadał pytanie na temat ilości czasu, który potrzebny był reżyserowi na oswojenie się z dosyć makabrycznymi dla szarego człowieka widokami preparatów ze zwłok ludzkich, jako że studenci medycyny maja na to owego czasu dość sporo. Nic bardziej mylnego! Pamiętam tylko krótki komunikat, że posadzka twarda i lepiej usiąść niż głową w tą posadzkę uderzyć mdlejąc z wrażenia, a potem tylko szybki ruch ręki podnoszącej prześcieradło i kolejny komunikat, jak na dworcu kolejowym, że o to zwłoki ludzkie, męskie i w ogóle szczęście, że są, bo nawet z tym biednie ostatnio. W zasadzie tyle, pomijając oczywiście wcześniejsze obcowanie z preparatami wystawionymi w gablotach w tak zwanym muzeum anatomicznym, gdzie w szczelnie zamkniętych akwariach z formaliną unoszą się odpowiednio oznaczone i do celów dydaktycznych farbkami pomalowane poszczególne części ciała ludzkiego.
Jeśli już ma się to niewątpliwe szczęście i do nauki anatomii dostanie się zwłoki, na których jeszcze nikt nie pracował, zaczyna się powolne preparowanie w ściśle określony sposób, wedle ustalonej kolejności. I tak, przez cały rok akademicki, kolejne grupy studenckie stopniowo docierają do każdego zakamarka preparatu, poznając ciało ludzkie w całości, bez wyjątków. Kiedy przychodzi oswojenie z tym wszystkim? Zaskakująco szybko. Stres zabija inne emocje, nie ma czasu na myślenie o czymś innym niż nauka. Anatomia to w zasadzie cały pierwszy rok, od razu głęboka woda, w Lublinie zajęcia trzy razy w tygodniu po jakieś dwie godziny. Smród formaliny, którego nie da się zapomnieć, ohyda i makabra pociętych zwłok ludzkich, ciągła świadomość, że to był człowiek, który kiedyś żył, chodził, śmiał się, to wszystko znika dokładnie wtedy, kiedy staje się codziennością. Być może tak działa pewien mechanizm obronny ludzkiej psychiki, która potrafi się do panujących warunków przystosować, przenieść gdzieś na drugi plan to, z czym obcujemy, a zarazem to, czego boimy się najbardziej, czyli sprawczynie całego zamieszania, śmierć.
Nie da się inaczej nauczyć anatomii, preparaty ze zwłok ludzkich, nawet przy najlepszych modelach i atlasach stanowią konieczność. Nie ma niestety w naszym kraju, gdzie nawet przeszczep ratujący życie często nie dochodzi do skutku z powodu sprzeciwu rodziny, zbyt wielu śmiałków gotowych przedłużyć swoje istnienie w ten ofiarny sposób. Z drugiej strony wydaje się to najpełniejszym wyrazem głębokiego humanizmu i poświęcenia godnego największych bohaterów w grobowej ciszy przyjmujących zaszczyty i pochwały za swe czyny. Jest to również najlepszy sposób, aby młodych medyków nauczyć pokory i szacunku, a także chociaż odrobinę oswoić ich z zupełnie niemiłą, często cuchnącą i brzydką, do bólu jednak nieuchronną i codzienną twarzą śmierci.
Opublikował/a kiffi