Sprawiedliwość

maj 22, 2008
_
man002.jpg

Wojtek z Czechowa. Do niedawna Wojciech R. z aresztu śledczego na ulicy Południowej. Spędził tam dwa lata, ale dlaczego i za co nikt już chyba nie pamięta, o ile w ogóle ktoś to kiedykolwiek wiedział. Historia jest długa, pogmatwana i w wielu miejscach nie do końca jasna.

Rodzina. On, chociaż może nieidealny, stara się, zajmuje się domem, czwórką dzieci i pracuje w domu opieki dla niepełnosprawnych prowadzonym przez pewną fundację. Ona zaczyna karierę naukową, rozwija się. Szczęściara. W końcu broni doktorat na KUL-u, jest psychologiem wieku rozwojowego. Sielanka, wydawałoby się, rodzina w duchu katolickim, rodzice pełni empatii, opiekuńczy, na dodatek matka specjalistka w dziedzinie wychowania i rozwoju, gromadka dzieci. Marek Jurek wręczyłby im medal. Nie wiedzieć czemu, coś przestało funkcjonować tak jak powinno.

Żona oskarżała Wojtka o różne rzeczy. Fakt, był roztrzepany, czasem nieodpowiedzialny, mógł zdenerwować, ale nie był zdolny do skrzywdzenia kogokolwiek. Taki sobie duży chłopiec. Rozpoczęła się sprawa rozwodowa. Podczas długiego procesu pod jego adresem padały róże zarzuty formułowane przez żonę i jej wynajętą za niemałe pieniądze prawniczkę. Miał między innymi gwałcić małżonkę, molestować dzieci i stosować w domu przemoc. Pewnego dnia wrócił do domu, zastając puste ściany. Żona zabrała dzieci, meble, zerwała umowę z zakładem energetycznym, odcinając mieszkanie od dostaw prądu. Wyjechała z miasta. Wojtek odebrał od niej dwójkę dzieci i mieszkał z nimi w Lublinie. Oskarżał sąd i prawniczkę żony o spisek, rzucał poważne oskarżenia. Został jednak zignorowany.

Pewnego dnia policja wywarzyła drzwi. Rzucili go w obecności dzieci na ziemię, zakuli w kajdanki i zabrali do aresztu. Na dwa lata. Byli bez mundurów, Wojtek podobno krzyczał do dzieci, żeby dzwoniły po policję, bo nie wiedział, kto wszedł do domu. Nikt nie podejrzewał o co mogło chodzić. Potem dopiero okazało się, że sprawa była poważna. Wojtek był oskarżony o zamiar zlecenia zabójstwa pani mecenas, prawniczki jego żony. Potem wyszło na jaw, że padł ofiarą prowokacji. Zwierzył się koledze z pracy, który podobno niedługo po tym się zwolnił, że najchętniej pozbyłby się kłopotliwej prawniczki i byłby skłonny za taką usługę zapłacić. Jego słowa, nagrane dyktafonem, wystarczyły.

Minęły dwa lata. Po którejś z kolei rozprawie Wojtek, niedoszły najemca płatnego zabójcy, wyszedł na wolność. Przestał wierzyć w ten kraj i sprawiedliwość. Jaka była prawda? Tego zapewne nie dowie się nikt. Pewne jest natomiast to, że w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej więziono niesprawiedliwie człowieka. W demokratycznym państwie prawa dwuletni areszt bez wyroku niezawisłego sądu to skandal. I takich spraw jest bardzo wiele.

Jak mało znaczy mój, kolejny w karierze, mandat za okrutne przewinienie w porównaniu z historią Wojtka. Kiedy jednak ktoś karze mnie za coś takiego w miejscu w pobliżu którego jeszcze nie tak dawno banda dresów zabiła człowieka, mojemu koledze skradziono telefon grożąc mu kastetem (a wąsaty pan policjant zapytał „będziecie to zgłaszać?”, wątpiąc w siebie i brutalnie obnażając swoją niechęć działania), to naprawdę wstyd mi za to państwo. Kilka razy potrzebowałem pomocy policji, nigdy mi nie pomogli, w wielu innych przypadkach, chociaż miałem zupełnie czyste sumienie, musiałem się ich bać. Niestety, nasz wymiar sprawiedliwości nadal jeszcze nosi znamiona poprzedniego systemu, a słowa prawo i sprawiedliwość bardzo często stanowią tylko polityczny slogan, fałszywą obietnicę, w którą wierzą tylko naiwni.


Bukowski

maj 16, 2008
_
fot_bukc01.jpg

“Możliwe, że piekła nie ma, tylko ci, którzy tak sądzą, je tworzą. Myślę, że ludzie są przeczuleni. Są przeczuleni wszystkiego. Musisz sam dowiedzieć się, z tego co ci się przydarzy, jak zareagujesz. Będę tu musiał użyć dziwnego terminu… “dobro”. Nie wiem, skąd się bierze, ale czuję, że każdy z nas nosi w sobie pokłady dobroci. Nie wierzę w Boga, ale wierzę w tą “dobroć”, biegnącą przez nasze ciała jak tunel. Można ją odżywiać. To zawsze niesamowite, kiedy na zapchanej samochodami autostradzie obcy człowiek robi ci miejsce, żebyś mógł zmienić pasy… to daje nadzieję.”

“Zawsze mnie oskarżano, że jestem cynikiem. Myślę, że cynizm to takie “kwaśne winogrona”. Myślę, że to słabość. To mówienie “wszystko jest źle! WSZYSTKO JEST ŹLE!” Cynizm typu “To nie w porządku” to słabość, która nie pozwala przystosować się do tego, co się w danej chwili dzieje. Tak, cynizm jest zdecydowanie słabością. Tak samo jak optymizm. “Słońce świeci, ptaszki śpiewają – więc uśmiechnij się.” Taka sama bzdura. Prawda leży gdzieś pośrodku. Co jest, to jest. A jak nie jesteś w stanie sobie z tym poradzić… to fatalnie.”

Mać Pariadka Nr 71 12-1998

“Nie czytała klasyków”

nie spałem
przez trzy noce
albo trzy dni
i moje oczy są bardziej
czerwone niż białe;
śmieję się do
lustra,
i słucham
tykania
zegara
a gaz
w moim piecyku
ma taki
tłusty
ciężki
zapach, przeszywa
mnie ryk
samochodów,
mój mózg
obwieszony autami
jak bombkami, ale
czytałem
klasyków
a na mojej kanapie
śpi schlana winem
dziwka
która pierwszy raz
w życiu
słuchała
dziewiątej Beethovena
i znudzona
usnęła
grzecznie słuchając.
tylko pomyśl, tatuśku, powiedziała,
z twoją głową
mógłbyś być pierwszym człowiekiem
kopulującym
na księżycu

Henry Charles Bukowski (ur. 16 sierpnia 1920 w Andernach, zm. 9 marca 1994 w San Pedro, Kalifornia), amerykański poeta i powieściopisarz niemieckiego i polskiego pochodzenia. Zdecydowanie bardzo ciekawa postać, alkoholik do końca swych dni, człowiek świadomy, nonkonformista. Nowa inspiracja.

A u mnie trochę dziwnie. Chyba dobrze. Jakoś nie mogę się zebrać do pisania czegoś konkretnego. Leżę na łóżku i korzystając z tego, że kiedy leżę, to przez okno widzę tylko niebo, podziwiam chmury. Przeszłość nieustannie miesza się z teraźniejszością, a to, co z tego wychodzi cały czas mnie zaskakuje, ale, muszę przyznać, radzę sobie całkiem nieźle.

Na grobie Bukowskiego widnieje epitafium: “Don’t try” (“Nie próbuj”). Jego żona Linda Lee Bukowski twierdzi, że ma to oznaczać: “Jeżeli spędzasz cały czas próbując, wtedy wszystko co robisz to tylko próbowanie. Więc nie próbuj. Po prostu rób”.

Święte słowa. Jeśli się czegoś chce, to trzeba się w to bez reszty zaangażować. Albo w ogóle nawet nie zaczynać. Twoje zdrowie, Henry!


Poligono Industrial

maj 4, 2008

Łóżko unosiło się nad ziemią, a ja byłem szczelnie przykryty kołdrą po samą szyję. Potem wylatywałem przez okno i, oddychając świeżym powietrzem, fruwałem sobie beztrosko nad miastem, przyglądając się wszystkiemu z góry. Tak właśnie wspominam dziecinny sposób na bezsenne noce, kiedy to nieśmiertelne okrzyki motor, motor, wyrywały mnie ze snu, a liczenie baranów wydawało się zbyt konwencjonalne. Podczas tych lotów zauważyłem, że jedna strona miasta jest zawsze silnie oświetlona, ale druga, północno-zachodnia, pozostawała kompletnie ciemna.

Matka zabierała mnie tam na spacery. Nagle bloki znikały, jakby malały, parkingowe uliczki zmieniały się w przyjemne aleje kasztanowe, żeby w końcu przechodząc przez zarośla tam się znaleźć. I zupełnie jak u Conrada w Jądrze Ciemności, ta gwałtowna zmiana krajobrazu powodowała uczucie odrealnienia, poczucia, że znalazło się jakby na innej planecie. Ale to nie było Kongo, to nawet nie było inne miasto. To był po prostu poligon. A raczej to, co z niego pozostało, bo ostatnie strzały padły tam już parę dobrych lat temu, na dodatek za sprawą ekipy filmowej kręcącej kolejny odcinek programu Wołoszańskiego. Kawał pola po prostu, pagórkowego, typowo lubelskiego, pszenno-buraczanego pejzażu, porytego okopami i lejami po jakiś wybuchach ćwiczebnych. Pozornie nieużytek.

Kiedyś stał tam czołg, zupełnie ogólnie dostępny. W zasadzie była to czołgu szkoleniowa atrapa, ale z wyglądu kompletnie do prawdziwego, rządnego śmierci i zniszczeń czołgu podobna. Była też studzienka, do której wejście teraz zamurowane, kiedyś było zachęcająco otwarte. Ponoć można było wejść za jej pomocą do kanałów i dostać się, tym pieszym metrem, do odległych części miasta. Niestety, nie spróbowałem. Działo się, na tym ex-poligonie, bardzo wiele. Puste miejsce na skraju miasta przyciągało przeróżnych dziwaków i młodzież z pobliskich szkół. Ludzi wyprowadzających psy i tych na rodzinnych spacerkach pokościelnych można w gruncie rzeczy pominąć, gdyż w opisywanym wymiarze tego miejsca zupełnie nie wpływali na całokształt.

Idziemy sobie laskiem, zatrzymujemy się, patrzymy w dół, a tam, jakiś koleś z teczką, w garniturze, stoi i wkłada sobie patyk w dupę.

I co na to jego rodzina, żona, piątka dzieci i ksiądz proboszcz? Zapomniałem dodać, że cały obszar zwany poligonem zawiera w sobie Górki Czechowskie, w większości porośnięte lasem, które chyba poligonem nie były, ale dla mnie, potocznie, stanowią część składową tego miejsca. Tak, wielu dewiantów różnej maści szukało tam swojego azylu. Tego pana, na co dzień zapewne porządnego człowieka, sam nie widziałem, a to zdarzenie opisał mi znajomy. Z różnych innych źródeł dowiadywałem się o zboczeńcach z poligonu, którzy ganiali raz to kolegów, raz koleżanki i o takich, którzy z poligonu robili sobie plażę nudystów, gorsząc młodzież majówkową.

Ale to właśnie dla ludzi młodych i bardzo młodych poligon znaczył najwięcej. Tutaj wiele rzeczy działo się w ich życiu po raz pierwszy. Pierwsze swobodne imprezy, pierwsza wódka, pierwsza trawa, pierwsza dziewczyna. Niczym niezmącony spokój, żadnych rodziców, żadnej policji, po prostu wolność. I z tego co pamiętam, nic strasznego żadnemu młodzianowi tam się nie przytrafiło. No, nie licząc może zapicia się w trupa, zarzygania się, dostania w ryja od równie pijanego kolegi, skręcenia sobie nogi podczas biegania po pijaku i tym podobnych imprezowych przygód, które wydają się dla młodego wieku dosyć normalne, o ile nie przybierają formy chronicznej i nie utrzymują się zbyt długo. Ale, ponoć kiedyś na poligonie jakiegoś nieszczęśnika powiesili. Znaczy się chyba na pewno, bo okazało się, że tym wisielcem był sąsiad kolegi. Szczegółów zajścia nie znam i chyba wolę nie znać. Krążyła też plotka o tym, że policjanci wywozili na poligon młode dziewczyny, żeby je tam gwałcić. Brzmi jak osiedlowa historia o czarnej Wołdze, ale również nie mam pewności co do wiarygodności tych informacji.

Poligonowe opowieści można by snuć bez przerwy. Sam nie jestem pewien, czy to, co napisałem jest całkowicie zgodne z prawdą, bo pamięć ludzka niestety jest zawodna, a na temat tego miejsca nie ma przecież żadnego źródła informacji oprócz przekazów mówionych, które często, w tym przypadku, stają się prawie legendami. Aktualnie część poligonu rozparcelowano, powstają tam nowe domy w bardzo szybkim tempie, ale na reszcie areału dzieję się to, co działo się tam od zawsze. Toczą się negocjacje z pewną spółką, która na terenie Górek Czechowskich ma stworzyć jakieś centrum handlowe, a w zamian za to, przebudować pobliskie skrzyżowanie i przekształcić poligon w ogólnie dostępny park. Mam nadzieję, że mimo zmian, które będą miały tam miejsce, istota poligonu pozostanie niezmieniona, a legendy na jego temat nadal będą się mnożyć.