
Wojtek z Czechowa. Do niedawna Wojciech R. z aresztu śledczego na ulicy Południowej. Spędził tam dwa lata, ale dlaczego i za co nikt już chyba nie pamięta, o ile w ogóle ktoś to kiedykolwiek wiedział. Historia jest długa, pogmatwana i w wielu miejscach nie do końca jasna.
Rodzina. On, chociaż może nieidealny, stara się, zajmuje się domem, czwórką dzieci i pracuje w domu opieki dla niepełnosprawnych prowadzonym przez pewną fundację. Ona zaczyna karierę naukową, rozwija się. Szczęściara. W końcu broni doktorat na KUL-u, jest psychologiem wieku rozwojowego. Sielanka, wydawałoby się, rodzina w duchu katolickim, rodzice pełni empatii, opiekuńczy, na dodatek matka specjalistka w dziedzinie wychowania i rozwoju, gromadka dzieci. Marek Jurek wręczyłby im medal. Nie wiedzieć czemu, coś przestało funkcjonować tak jak powinno.
Żona oskarżała Wojtka o różne rzeczy. Fakt, był roztrzepany, czasem nieodpowiedzialny, mógł zdenerwować, ale nie był zdolny do skrzywdzenia kogokolwiek. Taki sobie duży chłopiec. Rozpoczęła się sprawa rozwodowa. Podczas długiego procesu pod jego adresem padały róże zarzuty formułowane przez żonę i jej wynajętą za niemałe pieniądze prawniczkę. Miał między innymi gwałcić małżonkę, molestować dzieci i stosować w domu przemoc. Pewnego dnia wrócił do domu, zastając puste ściany. Żona zabrała dzieci, meble, zerwała umowę z zakładem energetycznym, odcinając mieszkanie od dostaw prądu. Wyjechała z miasta. Wojtek odebrał od niej dwójkę dzieci i mieszkał z nimi w Lublinie. Oskarżał sąd i prawniczkę żony o spisek, rzucał poważne oskarżenia. Został jednak zignorowany.
Pewnego dnia policja wywarzyła drzwi. Rzucili go w obecności dzieci na ziemię, zakuli w kajdanki i zabrali do aresztu. Na dwa lata. Byli bez mundurów, Wojtek podobno krzyczał do dzieci, żeby dzwoniły po policję, bo nie wiedział, kto wszedł do domu. Nikt nie podejrzewał o co mogło chodzić. Potem dopiero okazało się, że sprawa była poważna. Wojtek był oskarżony o zamiar zlecenia zabójstwa pani mecenas, prawniczki jego żony. Potem wyszło na jaw, że padł ofiarą prowokacji. Zwierzył się koledze z pracy, który podobno niedługo po tym się zwolnił, że najchętniej pozbyłby się kłopotliwej prawniczki i byłby skłonny za taką usługę zapłacić. Jego słowa, nagrane dyktafonem, wystarczyły.
Minęły dwa lata. Po którejś z kolei rozprawie Wojtek, niedoszły najemca płatnego zabójcy, wyszedł na wolność. Przestał wierzyć w ten kraj i sprawiedliwość. Jaka była prawda? Tego zapewne nie dowie się nikt. Pewne jest natomiast to, że w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej więziono niesprawiedliwie człowieka. W demokratycznym państwie prawa dwuletni areszt bez wyroku niezawisłego sądu to skandal. I takich spraw jest bardzo wiele.
Jak mało znaczy mój, kolejny w karierze, mandat za okrutne przewinienie w porównaniu z historią Wojtka. Kiedy jednak ktoś karze mnie za coś takiego w miejscu w pobliżu którego jeszcze nie tak dawno banda dresów zabiła człowieka, mojemu koledze skradziono telefon grożąc mu kastetem (a wąsaty pan policjant zapytał „będziecie to zgłaszać?”, wątpiąc w siebie i brutalnie obnażając swoją niechęć działania), to naprawdę wstyd mi za to państwo. Kilka razy potrzebowałem pomocy policji, nigdy mi nie pomogli, w wielu innych przypadkach, chociaż miałem zupełnie czyste sumienie, musiałem się ich bać. Niestety, nasz wymiar sprawiedliwości nadal jeszcze nosi znamiona poprzedniego systemu, a słowa prawo i sprawiedliwość bardzo często stanowią tylko polityczny slogan, fałszywą obietnicę, w którą wierzą tylko naiwni.
Opublikował/a kiffi 
Opublikował/a kiffi
Opublikował/a kiffi