Drzewo w jezdni

marzec 24, 2008
-
1297.jpg

Piątek zwany wielkim. Czas jechać. Chociaż zupełnie mi się nie chce. Wolałbym uwolnić się od tych zobowiązań rodzinnych i wykorzystać ten wolny czas zupełnie inaczej. Jak na razie jednak, jestem kompletnie pozbawiony możliwości wyboru. No ale co zrobić… W samochodowym radiu Chrystus umiera bez przerwy. Zdaje się, że stoi przy drodze z raną w lewym boku i wiankiem cierniowym na głowie, a obok niego baranek z cukru na zielonej podstawce z wbitym w tyłek patyczkiem, na którym powiewa flaga Watykanu. No a nad nimi obowiązkowo lata motylek. Czy może chmara much, zwabiona zapachem krwi. I mokną tak razem w strugach szarego, zupełnie niewiosennego deszczu. I aż chce się krzyknąć, Jezus, uśmiechnij się, bo kto za życia ni razu się nie uśmiechnie i nieba nie zazna, ten… ale i tak na nic to wszystko, bo twarz Jezus ma plastikową i za cholerę miny zmienić nie potrafi. Chuj z tym zresztą, niech tak stoi sobie jak mu się podoba, przynajmniej współgra z nastrojem otoczenia w sposób dosyć wyrafinowany.

I znowu Zwierzyniec. Pod koniec XVI wieku hetman Jan Zamoyski wpadł na iście renesansowy pomysł ogrodzenia kawałka lasu, wyjątkowo gęstego i różnorodnego, płotem, który miał zagwarantować spokój i pomyślne łowy. I tak właśnie wszystko się zaczęło. A teraz jest to środek parku narodowego, w sumie kurort, ale tak naprawdę niewiele się przez te kilkaset lat zmieniło. I wtedy, kiedy wakacje spędzała tu Marysieńka Sobieska i wtedy, kiedy hitlerowcy palili tu ostatnie domy, też na pewno było podobnie. Tak samo sosny wyginały się na wietrze, a atmosfera pachniała świeżą dzikością przyrody. I chociaż nie ma już żadnego ogrodzenia, to nadal czuję ten płot, oddzielający to miejsce od codziennej rzeczywistości.

Sobota. Muszę się trochę przewietrzyć. Pada nadal bez przerwy, biorę parasol i wyruszam, śladem dziecinnych zabaw. Ale najpierw zahaczam o aptekę, zakupując pakiet przeciw przeziębieniowy, bo od kilku dni dręczy mnie jakieś kurestwo. I idę. Najpierw ulicą Partyzantów, potem przechodzę przez tory, z których jedne są szersze od drugich. Jakim cudem, przez to miasteczko w głęboko zapadłej części świata, biegną szerokie, radzieckie, tory? Otóż, jest to pamiątka przyjaźni Polski z ZSSR, Linia Hutniczo Siarkowa, łącząca Śląsk z Ukrainą. Istny relikt dawnych sojuszów, jednak żywa skamielina, po której wciąż jeżdżą obrzydliwie długie i brudne pociągi towarowe. Idę dalej, ulicą, na której stał rodzinny dom mojej prababci, spalony przez Niemców uciekających przed czymś, czego bali się chyba najbardziej, czyli pogromem sianym przez barbarzyńską Armię Czerwoną. Nie wiele ocalało z przedwojennego świata prababci. Metalowa figura Jezusa, który wisiał na drewnianym krzyżu w głównej izbie domu, przytwierdzona jest teraz, zgodnie z jej wolą, do krzyża na babcinym nagrobku.

Droga wiodąca na cmentarz w Zwierzyńcu ma w sobie coś wyjątkowego. Chociaż asfalt jest tam nowy i równy, w odróżnieniu od jeszcze nie tak dawnego traktu z krzywych płyt chodnikowych, to jest w niej coś, co od kilkudziesięciu lat się nie zmieniło. Drzewo. Drzewo dosyć sporych rozmiarów, wprawdzie nie na samym środku jezdni, trochę z boku, ale jednak oblane asfaltem ze wszystkich stron. Nikt chyba jeszcze w nie nie wjechał, nawet człowiek pijany w trzy dupy widząc drzewo w jezdni zapewne zdjąłby nogę z gazu. Dlaczego tkwi tam nadal ta wielka roślina, dlaczego nikt jej nie wyciął? Może nikt nie miał serca, wszak tutejszych ludzi cechuje wyjątkowa miłość do przyrody. A może nikomu się nie chciało? Nie wiem, nieważne, ważne, żeby to drzewo stało tam po wszeczasy, bo bez niego znikłaby jakakolwiek wyjątkowość tego miejsca.

Idę dalej. W dole zalew i tartak. Zalew był tam kiedyś, przed wojną, potem znikł na jakiś czas, nie wiem, dlaczego, a uroczyste otwarcie sprzed paru lat pamiętam dosyć dobrze. Były kiełbaski, wata cukrowa i fajerwerki. Duża inwestycja, miała przynieść miastu ogromne korzyści, potem jednak okazało się, że w zalewie zagościły bakterie coli. No ale można popływać po nim kajakiem. Albo plastikowym rowerem wodnym, co kto woli. Tartak natomiast przetrwał wszystkie zabory, nie dał jednak rady wczesnemu kapitalizmowi trzeciej RP. W miejscu, gdzie hałasowały maszyny, teraz panuje okrutna, pośmiertna, cisza. Ale nie tam chciałem dojść. Po drodze z betonowych płyt wspinam się na szczyt góry. Zwierzyniec leży w kotlinie, więc z góry widać całe miasteczko i otaczające je wzgórza, porośnięte gęstymi lasami. Deszcz nadal pada bez przerwy, a ja z zielonym parasolem z logiem lasów państwowych, w butach z pękniętymi podeszwami, ślizgam się po błocie, a w ręku trzymam powiewającą na słabym wietrze reklamówkę z apteki. Odbiegam dosyć znacznie od wizerunku typowego turysty, bo i żadnym wycieczkowiczem nie jestem. Jestem u siebie, bardziej i dotkliwiej niż gdziekolwiek indziej. Mgła, niczym gęsty dym papierosowy wydmuchiwany przez jakiegoś olbrzyma, unosi się nad lasem, imitując pożar. Nie ma jednak mowy o żadnym ogniu, bo jest zdecydowanie zbyt mokro i ja też czuję, że przemakam, że przesiąkam na wylot tym miejscem. Tak, o to właśnie chodziło. Można już wracać.

A potem była niedziela, a dzisiaj jest poniedziałek i kończy się ta podróż sentymentalna, a ja zaczynam coraz lepiej rozumieć sens takich wycieczek. W codzienności pośpiesznego życia przeszłość staje czasem na drodze, jak to drzewo w jezdni. I mógłbym je przecież ominąć, zbyt wiele się nie zastanawiając. Ale jak można nie zwrócić uwagi na coś tak unikatowego? Dobrze jest się zatrzymać, obejść roślinę dookoła, popatrzeć na rozłożyste gałęzie i pomyśleć nad tym, gdzie pod tym równym asfaltem, głęboko pod ziemią, ukryły się korzenie.


Góralu, czy ci nie żal?

marzec 16, 2008
-
img_3131.jpg
-
Rok rocznie tłum pątników wznieca tumany kurzu, wędrując przez polskie drogi podziurawione, nie zważając na upał letni lejący się z nieba. Maszerują dzielnie, rozdziawiając nienaturalnie gęby w śpiewie chwalebnym, wzmocnionym megafonowym trzaskiem. Oczekują na finał, kiedy to na kolanach idąc, przy dźwięku trąb grzmiących, podniesie się zasłona i stanie przed nimi czarna panienka, daleka jednak wyglądem od murzynki czy nawet mulatki. W gruncie rzeczy, Żydówka. Ale o tym cicho.

Ciężko jest jednak znieść te kurzu tumany, które pątnicy wznoszą, bo wdziera się on wszędzie, gdzie nie powinien, chrupie miedzy zębami i pod powiekami uwiera. Na dodatek przysłania świat realny w sposób wyjątkowo nachalny i nie cierpiący sprzeciwu.

Dosyć! Jak dawno już tak powiedziałem! Dosyć, nigdy więcej! Cóż jednak z tego, że taką deklarację hen, przed wiekami zdawać by się mogło, złożyłem, kiedy ciężar owy nadal ciąży nade mną, a ja uginam się pod nim z odpychającym grymasem. Stojąc z boku, idąc pod prąd pielgrzymkowy, unikając kropli wody święconej, którą inni próbują przyjąć na ciało swoje łapczywie, nie występowałem przecież przeciwko duchowości, ale w jej obronie. Dla nich jednak nic to nie znaczyło, bo oni znają tylko jedną duchowość, jedyną prawdziwą i słuszną na wieki. I choć może nieświadomie, krzywdzą i to dotkliwie swoje otoczenie.

Czas jednak skończyć z tym raz na zawsze, rozliczyć się definitywnie, żeby porzucić te kulę u nogi od dziecka przyspawaną, rzekłbyś, na amen. Bo to prawda, po co się przejmować czymś, na co i tak wpływu się nie ma zupełnie i brać na swe braki naród cały oszołomiony. Lepiej być w zgodzie z sobą samym i tym świecić przykładem, nie wzmocnionym wprawdzie światłem aureoli. Żegnam się więc z instytucją, a raczej z krytyką instytucji, tak jak już kiedyś pożegnałem się z polityką, gdyż sił mi nie starcza na walkę z wiatrakami. Bo nawet on, Nasz Ojciec, nie dał rady wygrać z toruńskimi tranzystorami, poznańskim playboyem – miłośnikiem kleryków, który przecież niedawno na prywatnej audiencji całował papieski sygnet, zapewne wyjątkowo namiętnie. Nie dał rady, czy może nie chciał dać rady, teraz to już nieważne, wiele rzeczy można było zmienić, które mnie i mi podobnych uwierają jak kamień w pątniczym bucie. Wołam więc, tym razem w zaświaty: Góralu! Góóóralu! Czy ci nie żal? Bo mi trochę łyso.

Powiesz: „Cóż ciebie, poganinie, którego dusi święty pył pielgrzymkowy, obchodzi nasz rytuał religijno-narodowy?” Otóż nic, nic w zasadzie nie powinien, ale jednak obchodzi, bo jest zbyt wszechobecny a jego fałszywa jasność zbyt bardzo bije po oczach. Ale, nie ma przecież sytuacji bez wyjścia, wkładam więc okulary słoneczne z filtrem UV i w dupie od teraz mam ten blask święty bijący od tysięcy świątyń rozsianych po tej ziemi. Koniec i bomba. A czy przebaczyłem? Przebaczyłem, choć przebaczenia wcale nie oczekuję.


Komunikat nr 2 – tryumf!

marzec 9, 2008

Dzięki wzmożonym wysiłkom i korzystnemu kursowi dolara udało się odzyskać adres http://kiffi.info/! Do teraz obowiązujący adres http://kiffi.wordpress.com/ oczywiście również będzie aktywny.

A teraz coś z zupełnie innej beczki!

Oto i adres RSS tego bloga: http://kiffi.wordpress.com/feed/. Kumatym wyjaśniać nie trzeba, niekumatym wyjaśniać mi się nie chcę, więc wklejam info z bloga Czerskiego:

RSS feeds to dokumenty języka XML, na podstawie których agregatory… albo od razu po ludzku: chodzi o to, że jeżeli zainstaluje się odpowiedni program (początkującym polecam FeedReadera, bardziej zaawansowanym – zdecydowanie RSSBandita) i poda mu adresy dokumentów RSS na swoich ulubionych blogach (i nie tylko) to on (czyli ów program) będzie automatycznie, co – na przykład – 15 minut, sprawdzał, czy pojawiły się na nich nowe notki. a jeżeli tak – krzyknie, machnie ręką albo dyskretnie mrugnie. dzięki czemu użytkownik przestaje tracić czas na czterdziestokrotne przeglądanie piętnastu blogów każdego dnia, a i tak jest na bieżąco.

Z mojej strony mogę dodać, że funkcje obsługi RSS posiadają też przeglądarki internetowe, takie jak np. Mozilla czy Opera i w momencie pojawienia się czegoś nowego na blogu czasami wystawiają język, na którym napisane są pierwsze zdania nowego wpisu.