Wolność? Po co wam wolność?

luty 27, 2008

Kiedy idę rano na przystanek, po przejściu przez tę skarpę, widzę porannych, zaspanych, ludzi czekających na autobus. Widzę ich mordy, jak patrzą na mnie w taki sposób, jakbym był intruzem, jakby chcieli się mnie jak najszybciej pozbyć.

Tak codzienną drogę do szkoły opisał mi ziomek. I ja też czuję się tak samo, idąc rano na przystanek. Dlatego staję z boku, gdzieś za kioskiem, żeby unikać tych lodowatych spojrzeń, które przyprawiają o mdłości z samego rana. O co w tym chodzi, dlaczego tak jest? Czy z nami jest coś nie tak, czy jesteśmy odmieńcami? Czy może ci ludzie na przystanku boją się, że zajmiemy im miejsce siedzące w autobusie, albo kupimy ostatni bilet w kiosku? A może brakuje im przestrzeni do stania na przystanku, a my ją bezkarnie zajmujemy?

Uczeń w jednym z gimnazjów na Czechowie zafundował sobie oryginalną fryzurę w postaci dreadów. Efekt? Oburzenie wychowawcy, telefon do rodziców, szukanie paragrafu w statucie szkoły przez dyrektora. Dajcie mi człowieka, który odstaje od normy, a już znajdzie się na niego paragraf. Zero tolerancji. To nic, że w szkole nieletni bez problemu może kupić narkotyki, a w kiblu dostać w ryja. Trzeba szukać problemów zastępczych, trzeba przecież pokazać, jaką ma się władzę.

Często wygania się chłopaków jeżdżących na deskach. No bo ich przecież najłatwiej wygonić. Do tego hałasują i jakoś tak dziwnie wyglądają, w tych butach jakiś takich dziwnych, ani to nike ani adidas, cholera wie co to, fryzury jakieś z dupy, jeden na krótko, drugi rudy, trzeci z afro jakimś murzyńskim, następny znowu jak Chopin. Element, panie, narkomany, chuligaństwo najgorsze! Wygonić w cholerę. Tylko tych w dresach się nie wygania. Schludni tacy, łysi, piwo sobie grzecznie piją, coś tam krzyczą pod nosem (kurwa, kurwa, chuj, motor). Tak, omija się ich z daleka. Bo strach.

Stała się tragedia. Wyszło na jaw, że jeden chłopak z mojej licealnej klasy jest gejem. Reakcja? Usunięcie z listy przyjaciół na gronie, wywalenie z kontaktów na gg, niekończące się docinki i obgadywanie za plecami. „Nigdy go nie lubiłem, a teraz, jak już wiem, że jest gejem, to nie lubię go jeszcze bardziej. Ale przecież kiedyś siedziałeś z nim w ławce? Bo nie było innego miejsca… Ha ha, podałeś rękę gejowi! Czy chcecie żeby przyszedł? Nie! A dlaczego? Bo nie.” Chyba nikt nie poją, że koleś ma przejebane w tym kraju dosłownie i w przenośni i że poczułby się lepiej, wiedząc, że stara klasa chociaż po części go akceptuje. Ale po co ktoś ma czuć się lepiej, skoro ja z tego nic nie będę miał?

Pewna pani doktor habilitowana, w jednym z lubelskich szpitali klinicznych, bulwersowała się obecnością telewizorów na salach chorych. Proszę wyłączyć ten telewizor! Tu są zajęcia! A, a, ale to nie ja włączałem… To proszę powiedzieć, żeby wyłączyli! Bo widzicie, kiedyś to był szpital, a teraz sanatorium, się porobiło, to są chorzy ludzie, a im telewizja w głowach! Powyrzucałabym ich stąd za tą telewizję! Zresztą, te seriale, to niektóre niepolacy reżyserują i polski naród opluwają! Bo musicie wiedzieć, że ta nasza dzisiejsza wolność ma swoje granice i o nich nie wolno zapominać!

Granice? Pewnie, że ma, ale nam do tych granic jeszcze bardzo, bardzo, daleko. Wiadomo, że jeśli na sali leży pacjent umierający, potrzebujący spokoju, telewizor należy wyłączyć. Ale po co zabraniać telewizji wszystkim? Nie można ingerować w strefę intymną drugiego człowieka, nie można zbyt wiele zabraniać, szczególnie z zupełnie bezsensownych powodów. Spójrzmy prawdzie w oczy: nie szanujemy się. Chamstwo nad nami góruje, na ulicy, w szkole, w szpitalu. O ile byłoby milej i przyjemniej, gdybyśmy potrafili być bardziej tolerancyjni, gdyby bardziej zależało nam na samopoczuciu innych. Ponoć w 1989 wywalczyliśmy wolność, uwolniliśmy się od Wielkiego Brata. Teraz, pozostaje nam tylko uwolnić się od samych siebie. Trudno powiedzieć, która z tych batalii okaże się trudniejsza.


Kwiaty polskie

luty 23, 2008

Kwiaty z polskich łąk, czerwone maki co polską piły krew, czerwone maki, które ćpuny zbierają co roku. Kwiaty, z których białogłowe wiły wianki i wrzucały do wody w dzień przesilenia letniego. Bukieciki od Janka Kosa dla Marusi, chwasty przeżuwane przez konie powstańców. Czarne róże wojenne Tuwima, lilije nagrobne Mickiewicza.

Kwiaty sztuczne, już mniej polskie, polskojęzyczne, ze sztucznymi kropelkami wody na liściach, przykurzone, we flakoniku społem, na stole w Karczmie Słupskiej (panie, ja tu jedna na sale jestem, pierogi? nie ma pierogów, śledzie tylko zostały! i wódka). Sztuczne drzewa w hipermarketowych alejkach, o liściach twardych jak stal, przeraźliwie zielonych.

Kwiaty nowe, kwiaty początku dwudziestego pierwszego wieku. Jak Tuwim, kwiaty walczące z cenzurą, nietolerancją, napiętnowaniem, niesprawiedliwością. Kwiaty symboliczne, nasze kwiaty. Rośliny polskiej ulicy, twórczej, myślącej, walczącej. Międzyblokowe zarośnięte skrawki zieleni, poligonowe nieużytki, podmiejskie łąki, na przekór wszystkim i wszystkiemu, wydają nowy, polski, plon.


Superplastik

luty 15, 2008

dscn6752.jpg

Popatrz, popatrz Mateuszu na te chmury! To są europejskie chmury, tutaj nigdy nie było takich chmur. I pogoda była zupełnie inna, zresztą pamiętasz, było inaczej, tylko teraz, przez tego Busha… A ja na niego głosowałam… A on teraz, przez te rakiety, przez te wybuchy w Iraku zepsuł pogodę w całej Kalifornii. A ja na niego głosowałam…

Wysłuchiwałem tych dociekań pogodowo-politycznych, coraz tylko przytakując i wykrzywiając gębę w minę przypominającą ucznia wielkiego mistrza. Przez lata dzieciństwa dosyć dobrze nauczyłem się tych aktorskich sztuczek, które teraz zdawały się działać perfekcyjnie. Przemierzaliśmy ekologicznym Lexusem z ośmiopłytową zmieniarką płyt, dwustrefową klimatyzacją i oczywiście silnikiem hybrydowym, przeraźliwie równe i pomalowane żółtymi pasami malownicze odcinki PCH, tak jak zapewne kiedyś swoim lowriderem jechali tędy Cheech z Chongiem, a ja zastanawiałem się, jak można być tak kurwa okrutnie głupim.

Siostra wujka musiała z córką uciekać z Libanu. Pojechała tam na wakacje, odwiedzić matkę. Musiała zapłacić kilka tysięcy dolarów za miejsce na amerykańskim lotniskowcu, który ewakuował ludzi. A, wyobraź sobie, Mateuszu, że te rakiety, które na Liban spadają, to my, Amerykanie znaczy się, za pół darmo Żydom sprzedajemy! Przez tego Busha to wszystko, a ja na niego głosowałam…

Wujek wychował się w Libanie, tam też studiował stomatologie. Mówił, że nie brakowało ciał na anatomie. Codziennie po kilka. Jego droga na uczelnie wiodła przez strefę walk, nie każdemu więc udawało się dotrzeć codziennie na zajęcia. W najgorszym okresie wojny przesiedział z bratem dwa miesiące w ziemiance. Układali puzzle. Do dziś bardzo lubi to robić, preferuje te z największą liczbą elementów, bo zabierają najwięcej czasu.

Lexus wreszcie zaparkował na podjeździe pod domem. Ciotka wygramoliła się na zewnątrz, a ja jak zwykle zająłem się zakupami w bagażniku. Tysiąc toreb, większość rzeczy i tak niepotrzebnych, do wyjebania, po krótkim czasie półtrwania w domowym bałaganie czy też fermentacji w lodówce. Ale torby ekologiczne, papierowe.

Cały dom przypominał rupieciarnie, wszędzie porozrzucane ubrania i inne rzeczy dzieciaków, telefony, gejmboje, baterie, konsole, komputery i pies łażący pomiędzy tym wszystkim. Pies przez ciotkę uważany był za wcielenie zła. Od momentu, kiedy się pojawił, zaczęła chorować, w ogóle wszystko zaczęło się psuć i iść nie po jej myśli. Zapewne to przez sierść, alergeny, pasożyty i cholera wie, co jeszcze. Być może to zły duch. Swoją drogą nie widziałem w życiu psa o głupszym wyrazie… pyska? Chyba pyska, bo „twarzy” do psa nie pasuje. Z owym psem, pomimo jego niekonwencjonalnego zachowania w niektórych momentach, żyłem w zgodzie. Nawet go lubiłem, karmiłem go i zabierałem na spacery. Okazało się, że nie tylko ja go lubiłem, ale też większość domowników, co skutkowało tym, że zamiast raz dziennie, był karmiony kilka razy. Oczywiście o spacerach pamiętałem już tylko ja, więc pies, jak przystało na wzorowego amerykańskiego psa, stał się otyły.

Po przytachaniu zakupów, siadłem dosyć gwałtownie na amerykańsko miękkiej kanapie skórzanej i zacząłem wcinać amerykańską kanapkę z Subway’a z kurczakiem teriyaki. Zamiast włączyć gadające pudło ze zmieniającymi się obrazkami, włączyłem tryb myślenia, czy też raczej zastanawiania się. I tak zastanawiałem się, myśląc jak Andrzej Wajda tylko po polsku… Smutny to świat ludzi mało świadomych. Prawie tak samo smutny, jak ludzi zbyt świadomych. A może to właśnie ta amerykańska małoświadomość jest kluczem do szczęścia? Jeśli tak, to już niedługo sami się o tym przekonamy. Oto ojczyzna nasza zaczyna się jeżyć świątyniami kapitalizmu. Teraz i my możemy wcinać hotdogi ze stacji benzynowej a w podłokietnikach kinowych foteli pojawiły się już na dobre miejsca na napoje. Pamiętam amerykańskie zestawy z fastfoodów w rozmiarze supersize. Siliłem się jak mogłem, żeby dopić tą gigantyczną cole do końca, bo przecież kupione, zapłacone, nie może się zmarnować. A potem zdarzało się rzygać. Teraz już umiem wyrzucać to, czego nie mogę dojeść lub dopić, ale potrwało to trochę, aby zdobyć tę umiejętność. Ale gdzie w tym kapitalizmie artyzm i piękno, gdzie bezinteresowność i pasja, skoro nawet jeśli coś jest ładne, to nie po to, żeby było ładne, tylko po to, żeby to drożej sprzedać? Trzeba szukać własnej przestrzeni, trzeba się próbować wyrwać poza ten wiecznie świeży serek topiony z każdym plasterkiem w oddzielnym woreczku, żeby zobaczyć to, co się chce zobaczyć, a nie to, co ktoś chce nam sprzedać. Chyba, że ktoś woli za całe zło świata, a w szczególności za złą pogodę w południowej Kalifornii obwiniać Georga Busha bądź też psa, a swoją świadomość ograniczać do czubka własnego nosa.

Siedząc tak i rozmyślając, nie zauważyłem jak sos teriyaki skapną mi z kanapki na koszulkę, tworząc na niej ohydną plamę. W popłochu zacząłem szukać jakiś inteligentnych oczu, z którymi mógłbym się podzielić swoimi refleksjami. Zobaczyłem jednak tylko psa, głupawo merdającego ogonem.