Jeździ sobie po Lublinie prywatny autobus linii nr 26. Na pozór niczym się nie wyróżniający, stary grat, pod którym kierowca rozpala ogień przy większych mrozach, żeby w jakiś sposób wystartować i nie zawieść ludzi. Swoją drogą, podróżowanie takimi autobusami jest uwłaczające ludzkiej godności, a ścisk, który tam panuje w godzinach szczytu zdecydowanie łamie prawa człowieka. Można by pozwać państwo polskie do któregoś z tych słynnych trybunałów. O to, że w autobusach w mieście Lublinie panuje tłok, śmierdzi spalinami, potem, alkoholem i starością. Ale jest coś niezwykłego w owym autobusie. Nad przednią szybą, ponad głową kierowcy, znajduje się wyjątkowe dzieło sztuki. Cały kawał blachy pomiędzy szkłem a dachem, oklejony jest zużytymi kartami telefonicznymi, etykietami z butelek po coca-coli, świętymi obrazkami, wlepkami Motoru i nie wiadomo czym jeszcze. Po obu stronach tabliczki z napisem, że z kierowcą podczas jazdy rozmawiać nie wolno, dwa Jezusy, oczywiście w różnych pozach, przypominające jakby o ważności i bezsprzeczności tego zakazu. Nie zabrakło oczywiście ozdoby najważniejszej, czyli połyskujących płyt kompaktowych. Jest też bukiecik sztucznych kwiatów zawieszony pod wstecznym lusterkiem. Ale ten popartowy collage nie powstał przecież sam z siebie. Ktoś musiał włożyć w to sporo wysiłku. Zapewne całe to dzieło powstawało latami, a każda jego część ma jakąś historię. Po co jednak ktoś to wszystko stworzył? Być może jest to rekompensata brudu, smrodu i szarości prywatno-autobusowej, pogoń za sztuką, pogoń za estetyką i choć może zupełnie nieudana, pogoń za pięknem.
Nieraz jeździł takimi autobusami. Czasem rano, czasem popołudniu, w lecie, w zimie, praktycznie zawsze. I strasznie go to męczyło, jakby kuło gdzieś w środku. Każda przejażdżka takim środkiem transportu była jak policzek pozbawiający godności. Najgorzej było jesienią, kiedy wszechogarniająca szarość była prawie tak gęsta jak plastelina, można ją było wziąć do ręki, uformować kulkę i schować do kieszeni. Przewoźnikami szarości były właśnie miejskie autobusy. Wylewała się z nich przez otwarte okna i drzwi, tak, że za każdym pojazdem ciągnęła się wąska stróżka – rzeka szarzyzny.
Tego dnia postanowił odpocząć. Bo przecież należało mu się, był bardzo zmęczony. Trzeba raz na jakiś czas się zatrzymać, przemyśleć to wszystko, co się do tej pory wydarzyło, rozliczyć się z przeszłością i choć odrobinę zaplanować przyszłość. Jesień, listopad, szarość, to wszystko skłania do myślenia, najlepiej gdzieś w cichym, spokojnym miejscu. Cmentarz wydał się idealny. Uzbrojony w paczkę Thiocodinu i buteleczkę syropu sosnowego, udał się w stronę starej nekropolii w centrum miasta. Zapadał zmrok, jednak z powodu pobliskiego centrum handlowego okolica cmentarza była dosyć ruchliwa. Po przejściu cmentarnej bramy poczuł, że wkracza do innego świata. Zawsze czuł się podobnie w takich sytuacjach, tamtego dnia było jednak odrobinę inaczej. Znikł hałas. Ucichły kroki i rozmowy przechodniów, wiatr przestał wiać, a szarówka pogłębiła się jakby zbyt gwałtownie, przechodząc w prawie całkowity zmrok.
- Świetnie! – pomyślał. Atmosfera sprzyjała spokojnemu odpoczynkowi. Przeszedł się po głównej alei szukając jakiejś ławki na uboczu, gdzie można by spokojnie posiedzieć. W pobliżu starego grobu, całego przykrytego liśćmi, spostrzegł coś na kształt małego krzesła przytwierdzonego do betonowego podłoża. To miejsce wydawało się idealne, usiadł wiec i zaczął połykać powoli tabletki popijając je syropem. Jednocześnie zaczął rozmyślać. W zasadzie o tym samych sprawach, co zwykle. O swoich życiowych ambicjach, których nie mógł w sobie zagłuszyć, o zazdrości, której nie mógł w sobie zabić. O przyjaciołach, ważniejszych od rodziny, o tych kilku dziewczynach, które były i o tych setkach dziewczyn, które mogłyby być. Myślał też o swoim kraju, o szarości, o śmierdzących autobusach, o tym jak ostatnio tracąc złudzenie miłości stracił też przyjaźń i tak dalej, i tak dalej, myślał sobie o setce innych przygnębiających spraw. Kodeina zaczęła już rozchodzić się po jego ciele, powodując przyjemne swędzenie i fale ciepła przechodzące od czubka głowy aż do koniuszków palców. Poczuł się odrobinę spokojniejszy.
Wpatrywał się w stary, zapomniany grób. Liście zasłaniały napis na płycie nagrobka, postanowił więc je odgarnąć. Jedną ręką oparł się o płytę, drugą zaczął odgarniać liście. Nagle, stało się coś, czego zupełnie się nie spodziewał. Stara płyta pękła, a on w mgnieniu oka znalazł się w grobie. Nawet nie obiema nogami, ale głową w dół. Przerażony tą sytuacją, nawet nie chcąc wiedzieć, o co się opiera, wstał jak najszybciej. Z powodu swojego niskiego wzrostu nie był jednak w stanie wyjść na powierzchnie. Z grobu wystawały mu tylko ręce. Zaczął krzyczeć jak najgłośniej tylko potrafił. Po chwili usłyszał kroki człowieka.
- Panie, co pan tam robisz? – zapytał zachrypiały, męski, głos.
- Kurwa piknik! – ugryzł się w język – Proszę, niech pan mi pomoże, wpadłem tu zupełnie przez przypadek, liście chciałem odgarnąć, oparłem się o płytę, a ona pękła, błagam niech mnie pan stąd wyciągnie! – lamentował. Mężczyzna pomógł mu wyjść, popatrzył na niego dziwnie, po czym odszedł szybkim krokiem.
- Dobrze, że nie wezwał policji! – pomyślał – Musiałbym się wtedy długo tłumaczyć! Usiadł z powrotem na swoim miejscu. Dzięki kodeinie nawet po takiej niecodziennej przygodzie czuł się dosyć spokojny. Zastanawiał się tylko, czy w tym wydarzeniu był jakiś ukryty sens, jakiś znak, czy też metafora.
Cmentarna jesień ogarniała cały jego umysł. Liście, które go otaczały, miały wyjątkowy, opioidowy, ciepło-pomarańczowy kolor, który działał niezwykle uspokajająco i kojąco na jego skołatane nerwy. Bo przecież bez przerwy się denerwował, dosłownie wszystkim, od zaciskania zębów z powodu stresu jego mięśnie twarzy były nadmiernie rozwinięte. Denerwował się sobą, matką, bratem, nauką, ćpaniem, nie-ćpaniem, pokojem na bliskim wschodzie, sukcesem zawodowym i osobistym, swoim i nieswoim pokoleniem. Był mistrzem w zadręczaniu się. W tym nie miał sobie równych. W tym był najlepszy. Ale teraz odpoczywał, przynajmniej tak mu się wydawało.
Wpatrywał się w grób z pękniętą płytą, w otwór w ziemi wiodący do murowanej piwnicy, gdzie spoczywały, aż do dziś spokojnie, czyjeś szczątki. Kolejne niespodziewane zjawisko wydawało się nieuniknione, nie wiadomo, czy z powodu syropu sosnowego czy też nastroju miejsca i chwili. W szarym, listopadowym powietrzu, które nagle zaczęło stawać się coraz jaśniejsze, żeby w końcu przybrać postać białego słupa wydobywającego się z grobu, dostrzegł sylwetkę człowieka.
- No ładnie! – pomyślał. Ale i tak znieczulenie było tak silne, że ten niecodzienny widok nie zrobił na nim specjalnego wrażenia. Wpatrywał się w słup powietrza, jakby w hologram i usiłował rozpoznać postać, która stawała się coraz wyraźniejsza.
Tak! To był on! Znana figura medialna! Stał przed nim jak żywy, w całym swoim rynsztunku, w białej czapce na głowie, uśmiechnięty, spokojny i pewny siebie, jak przystało na aktora pierwszego sortu. Rękę wznosił w charakterystycznym geście pozdrowienia.
- A co ty tu kurwa robisz? – zapytał, nie ukrywając zwykłego, ludzkiego zdziwienia, pozbawionego wzniosłych emocji.
- W jaki sposób ty się do mnie zwracasz? Jeszcze nikt w tym kraju tak do mnie nie powiedział! Trochę szacunku, jestem prawie święty!
- Jak jesteś prawie święty, to wiesz przecież, że ja w ciebie nie wierzę i w te wasze szopki również zupełnie nie wierzę i po co tu się w ogóle pojawiłeś? Przecież widzisz, że chcę odpocząć. Do tego przed chwilą wpadłem do grobu, nawet tutaj nie mogę znaleźć spokoju, a teraz jeszcze ty!
- Pojawiam się tam, gdzie mnie potrzebują. Jako prawie święty zajmuję się ludźmi na krawędzi załamania nerwowego, samobójstwa i innych tragicznych wydarzeń. Słaba robota, ale miałem już gorsze, za życia.
- Aż tak ze mną źle? Wiem, że mam problemy, ale żeby prawie świętego do mnie wysyłać, w którego na dodatek nie wierzę, to już chyba lekka przesada.
- Wnioskując po tym, co wyczytałem w twoich myślach, to nie jest najlepiej. Masz typowe objawy depresji. Marnujesz swój potencjał, na dodatek zadręczając innych dookoła. Do tego w nic nie wierzysz, nawet we mnie, co w tym kraju jest już naprawdę okrutną herezją.
- Pierdolisz! Każdy tak ma czasami! Na dodatek ja tak mam teraz, bo syropek wypiłem sosnowy i mnie wzięło na rozmyślanie. Ech, język mi się plącze…
- Właśnie! Na dodatek ćpasz!
- Wcale nie ćpam! Nie robię tego codziennie, tylko czasami. A ci, co chleją wódę co weekend to są w porządku? A przepraszam, zapomniałem zapytać, może syropku?
- Nie, ja tylko kremówki. Gdybyś miał jakieś kremówki…
- Ha! Pijak! Wiedziałem, że piłeś! Nie tam jakiś Parkinson, tylko wóda po prostu! A na kacu ręce się trzęsą!
- Nie zniosę już tego dłużej! Jesteś wyjątkowym chamem! Nie szanujesz żadnych autorytetów, myślisz, że zjadłeś wszystkie rozumy i że ty jesteś największym męczennikiem świata. Czy ty wiesz, jak ja się męczyłem całe życie? Przecież ja chciałem być aktorem, a moje życie stało się pasmem pomyłek.
- No i aktorem byłeś niezłym, to trzeba ci przyznać…
- Ale ja chciałem grać w teatrze, pisać dramaty, reżyserować, spotykać się w krakowskich klubach z pięknymi kobietami, a to wszystko nie wyszło i to tylko przeze mnie, przez to, że dokonałem jednego złego wyboru w życiu. O żadnych damach nawet pomarzyć nie mogłem, a jak nam w pałacu internet podłączyli, to Dominik komputer musiał czyścić pół dnia, po tym jak sobie te strony różowe oglądałem, żeby znów jakiegoś porno-skandalu nie było. A ten garb, który mam? Popatrz! Całą Polskę na plecach nosiłem! I nikt, nikt mnie nie słuchał. Zawsze czytali tylko pierwsze zdania i tak, zbyt dosłownie. A na tych zbiorowych eventach tylko krzyczeli „zostań z nami”, czy tam „kochamy ciebie”, a ja wiedziałem, ja i tak wiedziałem, że oni mnie nie kochają tak naprawdę, bo nikt z nich mnie znał, znali tylko moją twarz z telewizji, nikt z nich ze mną nie rozmawiał. Nikt mnie nie kochał. No, może poza Dominikiem. Nawet te kremówki, tak, kremówek im nigdy nie daruje! Nawet kremówki przekręcili! Ba, na koniec mi nawet umrzeć spokojnie nie dali! Narzekasz na autobusy, a mnie, czym wozili? Platformami jakimiś, kiedy ja już chodzić nie mogłem, chciałem leżeć w łóżku i odpoczywać. Ale musiałem, musiałem w tej beznadziei pchać to jakoś do przodu, bo zbyt wiele ode mnie zależało. Kurwa! Jezu, jak wspaniale jest powiedzieć głośno kurwa! Przez te wszystkie lata nawet kurwa nie mogłem głośno powiedzieć!
- No… Wiesz co, ja już całkiem nie wiem, co się dzieje… Chyba syropku było za dużo. Ale widzę, że ty też masz swoje problemy, chociaż i tak nadal w ciebie nie wierzę. Ale, może kiedyś wybierzemy się na te kremówki? Powspominamy przy kieliszku, pogadamy. Czasami trzeba…
Ale nie doczekał się odpowiedzi. Postać znikła, tak samo nagle i tak samo nadzwyczajnie jak się pojawiła. Było już zupełnie ciemno, na dodatek zimno. Siedział jeszcze przez chwilę oszołomiony natłokiem dziwnych zjawisk, po czym wstał i niepewnym krokiem poszedł na przystanek autobusowy. I uświadomił sobie, że tak na prawdę nie jest źle. I że nie można wstydzić się tego, że jest dobrze. Nawet szare, brudne, autobusy są jego własne, przecież sam je wybrał. A czasami trzeba się poświecić, bo być może zbyt wiele od nas zależy.
Zapamiętał to dziwne wydarzenie do końca życia, często wspomnienie tamtego wieczora dodawało mu otuchy w trudnych chwilach. Jednak nadal pozostał sobą i nigdy nie uwierzył w prawie świętych.
Opublikował/a kiffi