Okres przedwyborczy ma w sobie coś niezwykłego, szczególnie teraz, kiedy koniec października coraz bliżej i nadchodzące staropolskie dziady zwiastują nadprzyrodzone zjawiska. Chociaż polityka jest dla mnie dziedziną nie do końca etycznie poprawną i jestem niedowiarkiem w kwestii tego, że mój głos cokolwiek zmieni, to jednak przyglądam się nieustannie poczynaniom polityków. Ten reality show stał się ostatnio bardzo interesujący, widać ewolucje w przedwyborczej agitacji, ciężko się więc od tego serialu oderwać. Jak już kiedyś pisałem, nie głosuję z przekonania i nie będę już po raz drugi tego wątku poruszał. Jednak mnogość wydarzeń politycznych, jakie ostatnio miały miejsce nie pozwala mi ich, chociaż w skrócie, nie opisać.
Pod koniec września odwiedziłem miasto Kraśnik, powiedzmy, że w interesach. Zaraz po moim przyjeździe pewien tubylec spostrzegł strach w moich oczach i o mało nie dostałem w ryja. Ale to nie jest najważniejsze. W Kraśniku panuje burmistrz Piotr Czubiński, który prawie do perfekcji opanował sztukę PR-u. Nie zajmuję się on tym, co przykre, ale za to tym, co przyjemne. Jako największe swoje osiągnięcie wymienia on budowę zalewu w Kraśniku. Piękne to bajoro, okraszone palmami, oczywiście sztucznymi, przypominającymi mopy podłogowe powbijane w ziemię. „Zalew dla miasta, praca dla ludzi” – głosi hasło wyborcze. Tylko o co w nim chodzi? Nie wiem. Ale pewnie wie Piotr Czubiński, bo z jego strony internetowej oprócz tego, że jego ulubionym filmem jest „Casablanca”, a ulubionym dzwonkiem na komórce „Desperado”, dowiedzieć można się również, że maksyma życiowa burmistrza to „sam to wymyśliłem i całkowicie się z tym zgadzam”. No cóż, ja tego nie wymyśliłem i się z tym nie zgadzam, ale tak teraz prowadzi się politykę. Sprawy trudne zamiata się pod dywan a eksponuje się to, co ładne i przyjemne.
Ale Piotr Czubiński wymięka przy Mariuszu Wójciku, 30-letnim kandydacie Samoobrony na posła (13. miejsce na liście w Gorzowie), który przed biurem poselskim PiS w swoim mieście zorganizował w środę konferencję prasową pod hasłem „Pieprzenie kaczek”. Każdy, kto tam się pojawił, miał okazję do woli popieprzyć sobie kaczkę bądź kaczora, w zależności od upodobań. Kandydat Wójcik zadbał bowiem o odpowiednie akcesoria. Przytachał pod biuro PiS dwie skrzynki z żywymi kaczorami i pieprzniczkę wypełnioną pieprzem. Pieprzył więc oba ptaki zawzięcie i do pieprzenia zapraszał przechodniów. Niestety, niewielu ludziom spodobał się jego pomysł. Zwracano uwagę na to, że kandydat molestuje zwierzęta. Był to protest przeciwko niskiej klasie polskich polityków.
Życie to nie teatr, jak powiada poeta, a polityka w demokratycznym państwie niewątpliwie staje się teatrem. Wybory to okres styku tych dwóch światów, okres eskalacji wszelkich teatralnych i propagandowych sztuczek, które ze służbą państwu nie mają zupełnie nic wspólnego. Tandetne spoty wyborcze, ohydne billboardy, wieczorne debaty, to elementy kampanii wyborczej, do których Polacy zdążyli się już przyzwyczaić. Już coraz mniej dziwią przeróżne, często obraźliwe epitety, którymi opisują się nawzajem politycy. Można powiedzieć, że wszystkie chwyty dozwolone a cała ta gra sięgnęła bruku. Nie byłbym jednak tak pochopny w tych sądach. Porównując obecną kampanię z wcześniejszymi, da się zauważyć pewien rozwój, odrobinę większy profesjonalizm. Nie zapominajmy, że jesteśmy przecież młodą demokracją i zarówno szarzy ludzie jak i politycy muszą się jeszcze bardzo wiele nauczyć. A jakie jeszcze widziadła i strzygi szykują dla nas przed staropolskimi dziadami nasi politycy? Tego nikt nie wie. Miejmy tylko nadzieję, że sami do reszty nie zdziadzieją.
Opublikował/a kiffi