„This is London calling…” – tymi słowami zaczynały się audycje radia BBC przeznaczone dla państw okupowanych podczas drugiej wojny światowej. Były one często jedynym źródłem informacji pozbawionym niemieckiej propagandy. Dzisiaj te słowa nabierają nowego znaczenia dla obywateli państw nowej unii, a przede wszystkim dla Polaków: Londyn wzywa.
Od momentu otwarcia rynku pracy w Wielkiej Brytanii wszyscy zastanawiają się, ilu Polaków tak naprawdę opuściło kraj. Dokładnych liczb nie ma, jedynie szacunki: jeden, dwa miliony. Ilu z nich wyjechało na stałe, ilu wróci do domu. Nikt tego nie wie. Różne informacje docierają do Polski na temat postępów rodaków na emigracji, często bardzo sprzeczne. Jak sobie radzą na wyspach? Jak żyją? Musiałem sam się o tym przekonać.
Cardiff, stolica Walii. Z dala od londyńskiego hałasu. Spokojne miasto z dobrymi szkołami, dostępem do usług i niezbyt wygórowanymi kosztami życia. Właśnie to miasto wybrał jeden z wielu polskich uciekinierów, mój przyjaciel, którego postanowiłem odwiedzić. W Cardiff jest sporo Polaków, jest polskie biuro, dom polski, polski kościół, kilka polskich sklepów: Ryś, Miś, Kaczuszka, innych nie pamiętam. Można poczuć się jak w domu. Mój polski znajomy niedawno się przeprowadził. Wraz z grupą Polaków wynajmują dość duży, wygodny i przestronny dom.
Kuba i Agata. Kuba robił sporo rzeczy w Polsce. Studiował zaocznie, pracował w straży granicznej, wyjeżdżał do pracy do Niemiec. Nie wyszło. Wyjechał do UK. Na początku było ciężko, pracował tylko dorywczo, brakowało mu na jedzenie, wychudł. Potem, dzięki ciężkiej pracy, udało mu się znaleźć dobrą posadę w restauracyjnej kuchni. No i przy okazji nauczyć się języka. Agata po zawodówce zdała jeszcze maturę w szkole uzupełniającej, potem pracowała w sklepie zoologicznym. Zostawiła wszystko, przyjechała do Kuby. Teraz pracuje w fabryce mikrofalówek Panasonica. I uczy się angielskiego, którego aktualnie nie zna prawie w ogóle. Kiedy wrócą do Polski? Na razie nie mają do czego wracać….
Rafał i Anka. Rafał jest kucharzem po szkole. Najpierw pracował w restauracji w rodzinnym Chełmie, potem w Warszawie. Wyjechał najpierw do Londynu, po kilku dniach agencja pracy znalazła dla niego posadę w Cardiff, we włoskiej knajpie. Anka skończyła filologię polską na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, przez krótki okres czasu pracowała w Vision Express w Złotych Tarasach. Wyjechała do Rafała. Teraz jest barmanką w pubie. Za nalewanie piwa dostaje dużo więcej pieniędzy niż dostałaby w kraju będąc nauczycielką. Razem planują odłożyć pieniądze i otworzyć w kraju włoską restauracje. Oczywiście za parę dobrych lat. A niebawem, planują się pobrać.
Daniel. Mój znajomy z liceum. Najpierw mieszkał na Helu, potem w Kraśniku, a potem w Lublinie. Teraz mieszka w Cardiff i studiuje kierunek biznesowy na University of Wales Institute. W zasadzie nigdzie nie zdążył zagrzać miejsca. Zaraz po maturze wyjechał do Londynu, szybko i radykalnie odciął pępowinę. Przeżył tam trochę przygód, nie zawsze było kolorowo. Przez pewien czas nie miał pracy, był głodny. Opowiadał mi, że kiedyś licząc na szczęście, szukał kilku pensów na chodniku, bo niewiele brakowało mu żeby kupić sobie coś do jedzenia. Teraz już nigdy nie podnosi monet, które zauważy na ziemi. Być może ktoś głodny, tak jak on kiedyś, bardziej ich potrzebuje. Ale przeżył jakoś ten trudny okres, wyjechał do Cardiff. Teraz studiuje i pracuje wieczorami jako kelner w drogiej restauracji. Nigdy nie wróci do Polski na stałe. Po pięciu latach mieszkania w UK chce starać się o naturalizację, a potem już z Brytyjskim paszportem wyjechać do Stanów, mieszkać w Arizonie i mieć arsenał broni palnej w piwnicy. Teraz śpi z bagnetem pod poduszką, dwoma młotkami i kilkoma nożami do rzucania obok. Jego ojciec to emerytowany żołnierz.
Tak właśnie w telegraficznym skrócie wyglądają sylwetki kilku Polaków na emigracji, których udało mi się lepiej poznać. Nasi rodacy są wyjątkowo zaradnymi i pracowitymi ludźmi, którzy nawet bez znajomości angielskiego w zadziwiający sposób potrafią sobie dawać radę. Niestety w Polsce nikt tego nie docenia. Mam nadzieję, że przyjdzie taki dzień, kiedy nikt już z tego kraju nie będzie musiał wyjeżdżać, a ci, co wyjechali, wrócą na stałe. Ja wróciłem piętnastego sierpnia. Przywitała mnie defilada…
Opublikował/a kiffi