A wiosną – niech wiosnę, nie Polskę zobaczę

czerwiec 20, 2007

Patos. Nastrój patetyczny. Motyw narodowowyzwoleńczy. Oto szkolne szlagiery z lekcji polskiego. Praktycznie zawsze słuszne, niezaprzeczalne, nic to, że bezmyślne. I jeszcze „ku pokrzepieniu serc”. Połowa książek „ku pokrzepieniu serc”, co z tego, że kompletnie mnie te książki nie zachwycały, że były znów takie same, wałkowały bez przerwy ten sam temat. Niczym te nasze wszystkie powstania, które były wielkie, wspaniałe, heroiczne, chociaż były bez sensu i powodowały wiele zła. Ale powstania wielkie były i wielkie mają być, tak samo jak te cegły przynudzające o obronie Częstochowy i dumnie białym Stasiu Tarkowskim. Na dodatek ostatnio mają być jeszcze większe, jeszcze bardziej niezaprzeczalne. Absurd. Ale jeszcze bardziej absurdalny wydaje się fakt, że mi również jest się od tego wszystkiego bardzo trudno uwolnić. Zrzucić ten garb i zacząć myśleć bardziej światowo, bardziej w innych językach. Mniej po Polsku. A to, co w kraju dzieje się na co dzień, zdaje się krzyczeć do mnie, namawiając do kolejnego powstania czy też zamachu terrorystycznego, który zwróciłby by uwagę władnych ludzi na najbardziej palące problemy.

Roman przeczytał Trans-atlantyk i mu się nie spodobał, gdyż opowiada, jak mówi Roman, o człowieku, który unikał służby wojskowej. A to pacyfista jebany, zgniły, rozwiązły na dodatek. Wykreślić w piździec! Żeby nie daj boże jak z Moskalami walczyć przyjdzie, dziatwa podobnie nie zrobiła. A jak każdy uczeń wie, Sienkiewicza w szkole nie było, bo rządził układ zdradziecki i Sienkiewicza nie dopuszczał, to się go na to miejsce wklei. A że na maturze kurwa pisałem wypracowanie o Potopie to błąd w druku był i przez przypadek dali. A jak mnie katowali Stasiem i Nel, Kmicicami i Zagłobami to też tylko dlatego, że się pomylili. Głupota Giertycha nie zna granic. Fakt, nie znoszę Sienkiewicza. Nie przeczytałem ani jednej jego książki w całości, ale gdybym został ministrem edukacji to przecież nie starałbym się zmieniać statusu jego dzieł w szkołach. Bo to są bardzo ważne polskie książki, o których trzeba rozmawiać w szkole. Ale na boga, co Romanowi zawinił Gombrowicz? Może to jakiś kompleks, może mały Romek dostał w szkole dwóję, bo nie zrozumiał Ferdydurki?

Ale kwestia Romana to niestety małe piwo. Bardziej przytłacza mnie inny problem. Strajk w służbie zdrowia. Trudno jest mi się na ten temat wypowiadać, trudno ocenić aktualną sytuację rozsądnie i racjonalnie, bo ten protest to porostu krzyk rozpaczy. Krzyk rozpaczy rodziny nad grobem zmarłego bliskiego, który żyłby do dziś, gdyby urodził się w innym kraju z lepiej działającą opieką zdrowotną. Sprawa zarobków i być może zbyt wygórowane żądania strajkujących nie są tutaj jednak kluczowe. Najważniejszy jest fakt, że ochrona zdrowia w Polsce wymaga ogromnej, bolesnej reformy, która jest nie unikniona. Żeby ludzie, których da się wyleczyć, nie umierali. A arogancja władzy i brak konstruktywnych negocjacji ze stroną rządową przepełnia szalę goryczy.

I pomiędzy tym wszystkim i jeszcze wieloma innymi sprawami ja. Ja, zmęczony słuchaniem, patrzeniem, analizowaniem, komentowaniem. Ja bezsilny. I tak nie mogąc się od tego wszystkiego uwolnić marzę sobie, że jako wyklęty wywrotowiec wraz z gromadą wyklętych Teletubisiów udam się na Warszawę. A Teletubisiów będą tysiące, a każdy Teletubiś w swej torbie damskiej koloru czerwonego dźwigał będzie granat ręczny. I ja również taki granat będę posiadał. A kiedy już będziemy na Wiejskiej zdetonujemy granaty i rozbryznę się brudząc swymi niegodnymi wnętrznościami budynki rządowe. I może uda mi się Polskę obudzić.