Cud nad Bystrzycą

maj 24, 2007

No tak, znowu się sponiewierałem. Trochę wstyd. Ale co tam, w końcu byłem chory, a gorączka w imprezowaniu zdecydowanie nie pomaga. Przynajmniej wyrzygałem te zarazki. Na pohybel.

Kroczę więc tak sobie dumnie o czwartej nad ranem ulicą Wieniawską i tylko czekam aż zza lubelskich pagórków i zarośli wyłonią się znajome kształty czechowskich bloków. Słońce powoli wschodzi, ptaki zaczynają śpiewać. Istna sielanka. Tylko te taksówki wkurwiające, co wiozą do domu tych, co mają na to kasę. Ich mogłoby nie być.

Patrzę na to miasto, na Czechów i uświadamiam sobie, jak wiele tu się zmieniło. Po 20 latach, które tu przeżyłem często przypominam sobie, że tutaj gdzie jest dzisiaj solarium był wcześniej sklep zoologiczny. A jeszcze wczesnej sklep z zabawkami. I takich miejsc jest tysiące. Czasy, w których przyszło nam żyć cechują się wyjątkową niestabilnością, ciężko cokolwiek zaplanować, przewidzieć, co będzie jutro. Patrzę też na te bloki, które ostatnio jakoś niebywale szybko pozbywają się peerelowskiej szarości. Może to dziwne, ale wyjątkowo dobrze pamiętam jeszcze nasze mieszkanie na ósmym piętrze i uwłaczająco mały jak na standardy europejskie telewizor czarno-biały marki Unitra. W telewizorku owym pojawiał się pan w zbyt ciemnych jak na europejskie standardy okularach, budzący moją dziecinną ciekawość. Tata wyjaśniał, że to prezydent Jaruzelski. I to wszystko było jakieś dziwne, mało realne, szczególnie w porównaniu z gumami Donald, klockami Lego i kremem Nivea wprost z Pewexu. Wszystko limitowane, niedostępne, odległe.

Ale teraz jest lepiej. Nawet ja, wieczny sceptyk i pesymista to zauważam, odczuwam na własnej skórze. Nie chodzi mi tutaj o PKB czy średnią płacę. Po prostu, kiedy wstaje rano i otwieram okno widzę, że jest jakoś przyjaźniej, bardziej kolorowo. I kiedy pojawiają się tacy ludzie, którzy mówią, że to, co się w Polsce działo przez ostatnie piętnaście lat to działalność układu, komunistów, agentów i innych to nóż mi się w kieszeni otwiera. Chociaż jestem jeszcze młody i może nie wiele w życiu doświadczyłem, chociaż niewątpliwie cierpię na kompleks życia w gorszym kraju, z takim poglądem zgodzić się nie mogę. Narzekam często na Polskę, na Polaków, wiem, że jeszcze dużo pracy przed nami, ale również wiem, że jesteśmy na właściwej drodze. Sam przecież widzę, jak wszystko się tutaj zmienia. Na lepsze. Nie dajmy się więc zakompleksionym bliźniaczym kurduplom i po prostu róbmy swoje.

Wreszcie. Jakoś doszedłem. Nie było łatwo. Chodniki jakby się zwężyły, ciężko się było utrzymać pomiędzy krawężnikami podczas tej wędrówki. W końcu czas na sen, zanim obudzi mnie okrutny kac. I oby stał się cud i ten poranny zachwyt i przypływ nadziei nie miną wraz z tym naturalnym, jakże bolesnym budzikiem. Polska, Polska, mieszkam w Polsce…