Rekolekcje paryskie

marzec 6, 2007

Okazało się ostatnio, że ksiądz, który udzielał mi chrztu, księdzem już nie jest. Jest za to ojcem, być może szczęśliwym. Jednym słowem, jego cudowne powołanie poszło się jebać. Wolę takie stwierdzenie, niż na przykład okrzyknięcie go człowiekiem, który od Boga odszedł skazując się na wieczne potępienie. Nie wiem, co teraz będzie ze mną. Czy nadal skalany jestem grzechem pierworodnym? Czy moi rodzice mogą ubiegać się o zwrot prowizji? Czy (olaboga!) ważne są kolejne sakramenty, które zostały przez owych rodziców specjalnie dla mnie zakupione? Być może właśnie ten ksiądz, który nie wiedzieć czemu poczuł pociąg do płci przeciwnej, winny jest memu niedowiarstwu. Po prostu sprzedawał buble, sakramenty bez pokrycia.

Mój stosunek do Kościoła przez wielu uważany jest za radykalny. Chciałbym jednak na wstępie zaznaczyć, że za radykała się nie uważam. Z perspektywy polskiej, każdy, kto odważy się podważyć autorytet tej instytucji, uważany jest za antychrysta i człowieka niespełna rozumu. Nie zapominajmy jednak, że na Polsce świat się kończy. Istnieją wszakże kraje, gdzie katolicy stanowią mniejszość a poglądy takie jak moje nie są tam aż takie rzadkie. Za przykład niech posłuży większość państw Europy Zachodniej.

Nie chce tutaj rozpisywać się o szkodach wyrządzanych przez Kościół w materialnej sferze życia społecznego w Polsce. Większość osób jest świadoma istnienia instytucji takiej jak Fundusz Kościelny, finansowania przez państwo wznoszenia tak niezbędnych każdemu Polakowi budowli jak Świątynia Opatrzności Bożej, rażącego ubóstwa kleru (!), etcetera, etcetera, wyliczać można by bez końca. Kościół pochłania rocznie kilka miliardów złotych z budżetu państwa. Pieniędzy, które mogłyby być wykorzystane na oświatę, służbę zdrowia, budowę dróg i inne mało ważne i przyziemne cele. Jednak nie tego rodzaju problemy działalności Kościoła są według mnie najważniejsze.

Osobiście, jestem przeciwnikiem jakiejkolwiek zinstytucjonalizowanej formy religii. Spisanie kardynalnych zasad dobrego życia na papierze, obiecywanie życia wiecznego w zamian za posłuszeństwo instytucji i tym podobne założenia, prawie zawsze prowadzą do patologii. Nie inaczej jest i w tym przypadku. Niektóre założenie religii katolickiej, szczególnie w Polskim wykonaniu, ograniczają swobodę nie tylko intelektualną, ale także fizyczną wiernych i kleru. Kompletną głupotą jest niezgodna z fizjologią człowieka idea celibatu, który pojawił się w Kościele tylko w celu uniknięcia nagminnego swego czasu nepotyzmu. Zakaz używania wszelkich środków antykoncepcyjnych z medycznego punktu widzenia w wielu przypadkach staje się zabójczy, natomiast zakaz kontaktów seksualnych bez zawarcia sakramentu małżeństwa wydaje się tak niedorzeczny, że aż śmieszny. Oczywiście szanuje ludzi, którzy tymi zasadami kierują się w swoim życiu, natomiast lansowanie poglądu o bezzasadności stosowani antykoncepcji jest po prostu szkodliwe.

W przypadku, kiedy przeciętny wierny otrzymuje od razu odpowiedź na każde pytanie, które rodzi kontrowersje, np. dotyczące antykoncepcji, aborcji, eutanazji, życia po śmierci, etc., przestaje myśleć i zastanawiać się nad tymi problemami, staje się głuchy na opinie innych, staje się zniewolony. Kościół, świadomie bądź nie, wykorzystując swój autorytet, swoją wielowiekową obecność w historii Polski (często również godną podziwu), prowadzi obecnie do eliminacji wszelkiej wolnej myśli. Indoktrynacja zaczyna się już od szkoły podstawowej gdzie na przedmiocie „religia” przedstawia się dzieciakom założenia jedynej słusznej filozofii życiowej. W dobie, kiedy świętość Kościoła polskiego zostaje podważana przez liczne skandale, hierarchowie powinni zastanowić się nad nowa twarzą tej wspólnoty. Już nie fałszywie świętą, ale po prostu ludzką.