Święta. I po świętach. Życie. I po życiu.
Tak, minęły święta. Okres dla mnie wyjątkowo ciężki. Nie jestem w stanie tego wszystkiego wytrzymać, bez co najmniej listka porządnych psychotropów. Rodzina, podniosły nastrój, depresja. Może jestem aspołeczny, może jestem nienormalny. Ale taki już jestem. Staram się cieszyć. Czasami wychodzi, ale zdecydowanie za rzadko. Prysł mit dziecięcego wyczekiwania pierwszej gwiazdki. Prysł mit nieśmiertelności. Babcia nie żyje. Normalka, babcie umierają. Potem rodzice, etc., etc. W święta właśnie dochodzi to do mnie najsilniej. Tak, nic nie boli, tak jak życie.
Wszystko płynie, wszystko się zmienia. Wszystko umiera, choćbyśmy bardzo to kochali. Gdzie w tym sens? Tendencyjne pytanie, powiecie. Filozoficzne. Nikt na nie jeszcze nie odpowiedział. Człowiek trzeźwy, świadomy nie jest w stanie zapomnieć o poczuciu własnej śmiertelności. O śmiertelności wszystkiego dookoła. Kiedy byłem dzieckiem, w trudnych chwilach wyobrażałem sobie, że jeśli zamknę oczy na kilka sekund a potem je otworze, to wszystko wróci do normy. Nadal tak robię. Co z tego, że nie działa. Czasami tylko zaciskam mocniej powieki. Czasami używam wspomagaczy ułatwiających zamykanie oczu. Uciekam od rzeczywistości. Jestem słaby.
Nowy rok, kontynuacja świątecznej szopki. Wypadałoby złożyć Wam wszystkim życzenia, żeby chociaż na chama i prostaka nie wyjść. Popłynąć, chociaż przez chwile z prądem. A z prądem, jak wiadomo, płynie się najłatwiej. Ale czasem nie warto płynąć pod prąd. Oby do celu. Oby w odpowiednim kierunku.
Tak więc, życzę Wam jak najwięcej myślenia, jak najwięcej czasu na refleksje. Szczególnie o tych słabszych, smutnych, starych, zapomnianych. O tych babciach i dziadkach z racji swego wieku zdziecinniałych, skazanych na pampersy, przykutych do łóżek. O tych, których alfabet życia pisze telewizja, m jak miłość, d jak dupa, sylwester z jedynką. O ludziach chorych, umierających, łapczywie chwytających kolejne godziny życia, dla których sylwester oznacza tylko zmianę jednej cyfry na tablicy nagrobka. Myślcie o nich jak najwięcej, bo w nich jest najwięcej mądrości. W czasach medialnej promocji odmóżdżania w kwestii myślenia płyńcie pod prąd.
Jestem słaby, ciężko mi pojąć ciągłe przemijanie, straty bliskich osób. Nieustanny brak pięknych chwil w życiu. Poczucia, że każda upływająca minuta zbliża mnie o minutę do własnej śmierci. A przecież tyle jeszcze chce zrobić, osiągnąć, tylu osobom chce powiedzieć, że je kocham. Ciężko jest mi to zrozumieć, ciężko odnaleźć optymizm, porzucić strach, że nie zdążę. Ale, w tym właśnie ukryte jest piękno życia. W przemijaniu. Ciężko jest to piękno odnaleźć. Jest tak ambitna sztuka. Tylko dla koneserów. Życzę Wam, abyście to piękno odnaleźli. Ja nadal szukam.
Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś – a więc musisz minąć,
Miniesz – a więc to jest piękne.
Opublikował/a kiffi
Opublikował/a kiffi