Zapal świeczkę

listopad 24, 2006

- Dlaczego murzyni nie pracują w kopalniach?
- Nie wiem.
- Pracują, tylko ich nie widać!
Z tego subtelnego, górniczego, żarcika zwykł śmiać się już sam Analmuel Policjadebet. W prawdzie nie był on górnikiem, ale owszem, kopać też umiał.

Polski górnik murzynem żadnym nie jest. Ba, jest wykwalifikowaną jednostką, nie docenianą przez nikogo, umęczoną niewolniczą pracą. To on przedziera się przez odmęty głębin ziemskich w poszukiwaniu węgla dla każdego polskiego obywatela. Żebyś i ty miał ciepło w domu, nierobie, wykształciuchu!

Górnik ma swoje prawa. Jak chce, może taki górnik, przyjechać do stolicy i wyrwać parę płyt chodnikowych. Z władzą jak z węglem, kilofem! Trzeba walczyć o swoje. A inni? Co oni wiedzą, czy byli pod ziemią kiedyś? Do roboty by się wzięli, co to mało im, lekarze jacyś, nauczyciele! Z książek się życia nie nauczą….

Polski naród na co dzień o górniku polskim nie myśli. Niech sobie pracuje, gdzie tam chce, na czy pod ziemią. Ale naród nasz wzniosły jest, nad problemami prozaicznymi się nie zastanawia. Co tam go obchodzi, że dzieci głodne chodzą, że syf, bałagan, łobuzeria. Nad tym trzeba by było popracować, ale to złe jest, spocić się można albo jeszcze gorzej. Ale jak górnik pod ziemią umiera, to świeczkę zapalić wypada. Nawet trzeba. Chociaż tyle. No i pomodlić się, żeby do nieba szybciej trafili. Po co martwić się niedbalstwem, niekompetencją, zatrudnianiem nieprzygotowanych do pracy ludzi. Łatwiej zapalić świeczkę. No i się pomodlić. Obowiązkowo.

Nie wiem, skąd bierze się w Polakach taka zbiorowa empatia, solidarność w tragedii, taka zgodność uczuciowa większości. Podobnie było z ojcem narodu, milijonem czy też 44 w innych kręgach zwanym JP2. Masa świeczek. Wszędzie. Tylko dlaczego nikt ich nie posprzątał? Dlaczego kibice, którzy się pogodzili, niedługo potem znowu się tłukli? Skąd w nas tyle obłudy?

Gdybyśmy byli zdolni, do zaangażowania się w usiłowanie unikania katastrof, równie żarliwie, jak w społeczne i medialne celebrowanie różnych tragedii, to zapewne większości z tych wydarzeń udałoby się uniknąć. Łatwiej jest jednak wprowadzać żałoby, odwoływać imprezy, palić świeczki. Niestety, jesteśmy chyba zbyt bardzo uduchowionym narodem.


Naród, któremu się lepiej powiodło

listopad 19, 2006

Palmy. Tak, palmy to była pierwsza rzecz którą dostrzegłem zaraz po wylądowaniu. Palmy, które świadczyły o tym, że znalazłem się w miejscu zupełnie innym od tego w którym się wychowałem. Potem było już tylko lepiej. Ciepło, nawet gorąco, wszystkie samochody jakieś takie duże, z klimatyzacją. Ulice trochę jakby za szerokie, za mało dziurawe. I kompletnie inny zapach w powietrzu. Tak, byłem bardzo daleko od domu. Czułem się trochę jak na innej planecie, otoczony kosmitami mówiącymi innym językiem.

Mniej więcej tak pamiętam moment, kiedy po raz pierwszy znalazłem się w L.A. Było to już dosyć dawno temu, ale tamten pobyt zmienił mnie i moje życie już na zawsze. Uświadomiłem sobie, że w innym miejscu na Ziemi można żyć łatwiej i przyjemniej, tylko dlatego, że się akurat tam urodziło. Byłem pod ogromnym wrażeniem tego kraju, stanu i miasta.

Od tamtej chwili udało mi się odwiedzić to miejsce jeszcze dwa razy. Spędziłem więc tam dość dużo czasu, bardzo dokładnie obserwując tamtejsze społeczeństwo, przyrodę i całe otoczenie. Tym, co mnie najbardziej zaskoczyło na początku, była łatwość życia przeciętnego człowieka. Wszystko zdawało się być prostsze. Jeżdżenie samochodem, wypełnianie formularzy, robienie zakupów, zarabianie pieniędzy. I porządek. Na ulicach, w sklepach, wszędzie. Ludzie też byli jacyś milsi, być może tylko na pozór, ale jednak się uśmiechali. Tak, pomyślałem, naród, któremu się lepiej powiodło. Barańczak miał rację.
Ciekawa wydała mi się również architektura miasta, ale i całego stanu. Biurowce w chłodnym, europejskim stylu mieszały się z mieszkalnymi domami rodem z Meksyku, przypominającymi chatki z bajek. No i do tego płaskie nawierzchnie, schodki, istny raj dla skaterów (do których mam ogromny szacunek). Bardzo istotne w kolorycie całego miasta było to, że można je określić mianem stolicy światowego show biznesu. To tam założono tysiące zespołów które potem stały się popularne na całym świecie, to tam nakręcono mnóstwo filmów.

To wszystko razem tworzyło w mojej głowie obraz namiastki raju na ziemi. Ale, jeśli jest raj, to musi być też piekło. Miliony Meksykan, brudnych, biednych, zmęczonych. Bez obywatelstwa, bez żadnych praw. Ktoś musiał pracować na ten raj. Ja jednak, nie mogłem opanować szalejącej zazdrości. Dlaczego ja, nie mogę mieć tego co oni? Przecież rodzice pracują, starają się, ja się uczę, wszyscy próbujemy do czegoś dojść. Żyjemy w wolnym kraju. I co? I nic. Nie wychodzi. Za każdym razem ktoś rzuca nam kłody pod nogi. Ciężko było mi się z tym pogodzić, że my musimy walczyć o tą normalność życia, o to żeby za nasza pracę płacono nam godne pieniądze, a oni dostają to od razu, tylko dlatego, że się tam urodzili. Tak. Naród, któremu się lepiej powiodło.

Od mojego pierwszego wyjazdu do Stanów minęło już wiele lat, nadal mieszkam w Polsce. Nie wiem, czy opuszce ten kraj w przyszłości, czy nie. Wiem jedno. Tutaj się urodziłem, tutaj wychowałem, tutaj przeżyłem bardzo wiele po raz pierwszy, poznałem wspaniałych ludzi. Tutaj są moje korzenie.
Życie w Polsce przypomina nadal ciągłą walkę o przetrwanie. Pozostaje tylko wierzyć, że kiedyś jeszcze będzie tutaj przepięknie, będzie normalnie.

Na koniec specjalne podziękowania dla policji, niech wypierdala w piździec, niech dzieci wszystkich policjantów sczezną w wieku młodym i ogólnie niech im się źle dzieje. Mało brakowało, a wjechałbym w tą zimę na saneczkach. Nie wiem, jak nie wstyd tym ludziom robić krzywdę rodakom.


Czas konformistów

listopad 14, 2006

Ciekawy był to weekend. Najpierw święto narodowe, potem wybory. Okazja do skonfrontowania swoich poglądów z rzeczywistością, zastanowienia nad tym, co jest dobre a co złe. To w połączeniu z syfem listopadowej pogody skłoniło mnie do zastanowienia się nad kilkoma kwestiami.

Pierwsza sprawa, która niezmiennie irytuje mnie od dłuższego czasu to właśnie 11 listopada. Przecież kurwa to chyba radosne święto, wszyscy powinni się cieszyć a tymczasem u nas przypomina to jakiś wielki narodowy pogrzeb. Jeszcze gorsze jest to, że mało kogo obchodzi, co to jest Dzień Niepodległości, co się wtedy stało i dlaczego. Tak, nas Polaków, wiecznie walczących o niepodległość, żyjących mitem tysiąca wojen i powstań bez sensu, cudów czy nie cudów nad Wisłą, zupełnie nic nie obchodzi jakiś tam Dzień Niepodległości. Kolejny przykład narodowej obłudy, zakłamania i braku konsekwencji. Spece od IVRP bez przerwy opowiadający jakieś brednie o patriotyzmie mogliby się tym chociaż odrobinę zainteresować, zmienić ten dzień w rocznice tryumfu, niezłomności i waleczności. Rocznice, którą można by świętować ciesząc się a nie płacząc, poczuć się dumnym z tego, kim się jest. Ale skoro nas samych za bardzo to nie obchodzi, skoro wolimy rozpłaszczyć tyłek na przedtelewizyjnej kanapie i ciesząc się z kolejnego wolnego dnia oglądać debilne seriale, to nikt nam w tym nie pomorze. Sami musimy sobie pomóc….

Kolejna kwestia to wybory. Na które nie poszedłem. Zresztą tak jak na wszystkie poprzednie i pewnie tak jak na wszystkie kolejne. W sumie z przekonania. Dlaczego? Odpowiedź jest dosyć prosta. Polityk jako członek partii musi być tej partii wierny. Musi także robić wszystko, aby utrzymać się jak najwyżej w hierarchii. Musi być konformistą i pragmatykiem, nie może głosić poglądów swoich tylko partii. Nie ma więc własnego zdania, czy może raczej prawa do wyrażania własnego zdania publicznie. Musi się dostosować do partyjnej rodziny, syndykatu czy też inaczej, mafii. Wszelkie nieposłuszeństwo wobec zarządu jest surowo karane. Występuje tarze kara najwyższa, wykluczenie z rodziny. Oprócz tego, medialna kampania wyborcza jest niczym innym jak reklamą, taką samą jak reklama np. proszku do prania. Nie liczy się sposób reklamowania, liczy się efekt. Wszystkie chwyty dozwolone. Na dodatek, ludzie mają to do siebie, że zwykle wybierają tego, kto obiecuje bardzo dużo, a nie tego, który nie obiecuje nic. Wniosek jest prosty. Efekt każdy widzi, politycy prześcigają się w obietnicach. Zwykle bez pokrycia. Są jak te proszki, co to niby każdy bród spiorą. Z superbonusem gratis.

Przyznam jednak, że mam świadomość obowiązku obywatelskiego, jakim jest głosowanie. Dlatego namawiam do głosowania, szczególnie teraz, kiedy czeka nas w lbn druga tura. Nie zakładam też, że za jakiś czas nie zmienię poglądów. Uświadomiłem sobie niedawno, po rozmowie z pewną osobą, że tak na prawdę nie jestem do końca pewien tego, co myślę, swoich opinii. Zawsze zostaje jakieś ale, jakaś niepewność, która jednak prowadzi do rozwoju. Pewny wszystkiego jest tylko fanatyk. Dlatego zachęcam, nie przyjmujcie niczego, jako coś zupełnie pewne, szczególnie, jeśli ktoś Wam to wmawia.
We wszystko można wątpić, nad wszystkim trzeba się zastanawiać.