Głową do przodu

czerwiec 30, 2009

Jeden fałszywy krok, jeden głupi krok, chwila nieuwagi i bezmyślności. Niestety, czasu nie da się cofnąć. Na początku wydawało się, że tylko skręcona. Werdykt był doprawdy zaskakujący – złamanie kostek bocznych goleni, po stronie przyśrodkowej zerwane więzadło. Któreś tam. Konieczna jest operacja, długie unieruchomienie, rehabilitacja. Całe plany wakacyjne legły w gruzach… A miałem na co najmniej dwa miesiące opuścić ten piękny kraj, odpocząć, zregenerować obolałą głowę. Cóż, takie jest życie, raz pod wozem, raz pod wozem.

Jechałem wózkiem inwalidzkim korytarzem, po którym jeszcze do niedawna paradowałem w przebraniu lekarza ze stetoskopem w kieszeni fartucha. Cóż za straszna degradacja! Odsuwałem od siebie wszystkie złe myśli, nigdy nie byłem pacjentem szpitala, nigdy nie miałem gipsu na żadnej części ciała, nie mówiąc już o jakiejkolwiek operacji, wszystko było dla mnie zupełnie nowe. Oczywiście nowe tylko pod względem nieoczekiwanej zmiany ról.

W izbie przyjęć sanitariusz poinformował mnie, że teraz zrobi mi EKG i zapytał, czy miałem kiedyś takie badanie i czy wiem, na czym ono polega. Uśmiechnąłem się pod nosem i przytaknąłem. W zasadzie był to pierwszy i ostatni raz, kiedy ktoś z personelu szpitala poinformował mnie o czymś dobrowolnie. Okazało się, że informacja to jeden z bardziej deficytowych towarów w szpitalu. Potem, już na oddziale, pielęgniarka zadała mi kilka formularzowych pytań, które pamiętałem jeszcze z praktyk po pierwszym roku, kiedy sam zadawałem takie pytania pacjentom. No i trafiłem na swoje łóżko. Bałem się go. Bałem się tej pościeli, której dotykało przede mną tylu chorych ludzi. A może ktoś umarł, przykryty właśnie tą kołdrą? Ale przecież wyjścia żadnego nie było, więc grzecznie położyłem się i tak leżałem z około dwu godzinną przerwą przez pięć dni i nocy.

Operacja opóźniła się o jeden dzień, ciężko było się dowiedzieć dlaczego, raz mówili jedno, raz drugie. Na sali nie było najgorzej, kilka łóżek, towarzysze raczej bezproblemowi. No, może oprócz kolegi po dwu i pół promilowym wypadku samochodowym z uszkodzonym kręgosłupem szyjnym, który był amatorem telewizji Viva i głośnego łupucupu na empetrójce, które to łupucupu docierało aż do mnie. Ale to tylko niewielka niedogodność. No i wreszcie, pewnego dnia wparował lekarz, wyjątkowo szybki i małomówny, popukał w gips i powiedział, że może mnie dzisiaj zrobią. Nareszcie – pomyślałem – wreszcie mnie dzisiaj zrobią!

Przyszła pielęgniarka i założyła mi na rękę opaskę z nazwiskiem i peselem, służącą do identyfikacji  na trakcie operacyjnym. No a potem była niespodzianka – przybiegł wyjątkowo szybki i małomówny lekarz i rozkazał założyć cewnik. Tego się nie spodziewałem, ale chyba lepiej, że stało się to z zaskoczenia. Wsadzanie tam (tak, tam) dosyć grubej gumowej rurki (tak, mieści się) nie należy niestety do rzeczy przyjemnych. Oczywiście nie było nawet mowy o jakiejkolwiek premedykacji, zero środków uspokajających, a ja niestety w tego typu sprawach dotyczących mnie samego jestem dosyć nerwowy. Antybiotyk do żyły i jedziemy na trakt. Dwie miłe panie wiozły mnie łóżkiem, zachowując obyczaj, głową do przodu. Na jedynym z wąskich zakrętów również stwierdziły, że chociaż nie są przesądne, to rytuału dotrzymają i nie odwrócą łóżka, nawet jeśli ułatwiłoby to im transport. Tego również nauczyłem się po pierwszym roku, kiedy sam woziłem pacjentów na trakt, a pielęgniarki wydzierały się na mnie „chłopak, głową do przodu!”.

No to kroimy. I wiercimy. Znieczulenie podpajęczynówkowe, igła w plecy, a potem, po chwili, zero czucia od pasa w dół. No i zero ruchów. Na parę godzin stałem się kaleką. Dwóch doktorów wzięło się za skalpele, wiertarki i inne narzędzia tortur. Słyszałem wiercenie, trzaski i takie tam, a także rozmowy lekarzy. Wyjątkowo szybki i małomówny doktor nagle zaczął mówić wyjątkowo dużo o którymś ze swoich kolegów (chuj pierdolony, dzwoni tylko i problemy robi, jebany) na co drugi, młodszy doktor odpowiadał już mniej wylewnie (będzie jeszcze kiedyś czegoś chciał, to zobaczy). Zacząłem się dygotać, jakoś tak. Anestezjolog polecił coś mi podać, informując pielęgniarkę, że trochę panikuję. Midazolam popłyną do żyły i było już lepiej. Niestety, o premedykacji nikt nie pomyślał, a przecież mogło być dużo spokojniej i przyjemniej. Na szczęście dosyć szybko było po wszystkim.

Teraz w zasadzie zaczęło się najgorsze. Po jakiś siedmiu godzinach czucie wróciło i zaczęło boleć. Nawet bardzo, koło drugiej w nocy. Zaczęły się kroplówki. No i niestety chuja dawały te kroplówki. Wszyscy bali się bardzo, że się uzależnię od opioidowych leków przeciwbólowych, a to, że bolało – cóż, musi boleć. Otóż wcale nie musi. Już nie chciało mi się im tłumaczyć, że jeśli chodzi o takie leki to mam dosyć spore doświadczenie rekreacyjne i jakoś uzależniony od nich nie jestem. Swego czasu zdarzało mi się zażywać jednego dnia dawkę większą, niż w szpitalu dostałem przez trzy dni, tylko po to, aby spędzić mile wieczór. Ale niestety to kolejny obyczaj polskiej służby zdrowia, poboleć musi. Ból nie trwał długo, po trzech dniach było już prawie dobrze. Najgorszy stał się teraz zakaz wstawania z łóżka, nieustanne leżenie na wznak z uniesioną nogą. Ale i to jakoś zniosłem. Potem było już tylko lepiej, usunięto cewnik, a pielęgniarka zawiozła mnie na zmianę opatrunku i usunięcie drenu. Pierwszy raz od czterech dni zobaczyłem przez okno niebo, na sali moje łóżko stało tyłem do okna, widziałem więc tylko sufit i drzwi. Był to widok, który napełnił mnie sporym optymizmem, nie sądziłem, że można ucieszyć się tak bardzo na widok pochmurnego nieba.

Potem był wypis. Leżałem w domu prawie bez przerwy przez kilka dni, teraz zaczynam już śmiało hasać o kulach po mieszkaniu, wracam powoli do aktywnego życia, ze sporym niestety obciążeniem w postaci gipsu, który jeszcze długo będzie mi towarzyszył. To, co przeżyłem sprawiło, że już nigdy tak samo jak wcześniej nie spojrzę na chorego człowieka. Doświadczyłem poważnego spadku w szpitalnej hierarchii, już nie byłem pretendentem to tytułu szefa, ba, nie byłem nawet salową – byłem nędznym pomiotem, który o niczym nie decyduje i bardzo mało znaczy, byłem pacjentem. Nie myślałem wcześniej, że to tak trudna rola w szpitalnym teatrze. Najgorsza była bezsilność i brak informacji, będąc przykutym do łóżka musiałem wzywać salową bądź pielęgniarkę nawet z błahych powodów, jakakolwiek informacja musiała być prawie że siłą wyciągana od lekarzy. A przecież na oddziale było kilku znajomych, większość personelu wiedziała, że jestem studentem medycyny, a rodzice codziennie przychodzili, przynosili mi jedzenie i pomagali mi się myć. Wolę nie myśleć, jak byłoby bez tego. Reasumując, czułem się upokorzony. Kiedy leżąc w łóżku zobaczyłem przez otwarte drzwi znajomą grupę studencką, zakryłem twarz. Wstydziłem się. Wiem, to absurdalne, ale tak było. To bardzo dziwne uczucie. Dzięki temu wiem, jak może czuć się pacjent w takim stanie i jak wiele znaczy dla niego dobry kontakt z lekarzem, pielęgniarką, jak wiele znaczyć może dobre słowo i okazanie zainteresowania. Nie ma u nas zwyczaju przywiązywania do tego wagi, żaden lekarz, który ze mną rozmawiał nie wpadł nawet na pomysł, żeby się przedstawić i powiedzieć, kim on właściwie jest i po co przyszedł. Niektórzy mogą stwierdzić, że to nieistotne, ja jednak jestem pewien, że są to sprawy wielkiej wagi. Nie wystarczy przecież zajmować się chorą nogą, bo to nie noga choruje, tylko człowiek, który ma być tutaj najważniejszy. Rozumiem, że lekarze są przepracowani, zaganiani, a niektórzy naprawdę pozytywnie zaskakiwali, ale niestety większość z nich w zakresie kontaktu z chorym pozostawiała wiele do życzenia.

Byłem pacjentem bardzo krótko, wiedziałem, że nic poważnego mi nie dolega i zapewne opuszczę to miejsce niebawem. Przerażała mnie myśl o bardzo długim leżeniu w szpitalnym łóżku, na które skazani są ludzie ciężko chorzy. Uświadomiłem sobie, że w szpitalu można poczuć się w pewnym sensie trochę jak muzułman w obozie koncentracyjnym, czyli więzień najniższy w hierarchii. Nie chodzi tu oczywiście o obóz śmierci, wręcz przeciwnie, chociaż zgony zdarzają się tam stosunkowo często. Potem w tej klasyfikacji plasują się salowe, sanitariusze, pielęgniarki, najwyżej postawieni są lekarze. Wszyscy jednak zdają się być więźniami, a komendant tego obozu (jeśli taki w ogóle istnieje) mieszka gdzieś, bardzo wysoko, jest ponoć wszechmogący, ale i tak każdy z uwięzionych stara się, często z różną skutecznością, pokrzyżować jego niecne plany.


Przedmiot, którego nie ma

maj 14, 2009

cut1

Siedziałem w słońcu, a przed oczami miałem jasność. Dochodziły do mnie głosy znajomych, pomimo wczesnej godziny dosyć już nietrzeźwych. To był jeden z tych momentów, w których nie zajmuję się niczym innym, tylko spokojnym czerpaniem ludzkiej, życiowej przyjemności. Przypomniałem sobie wtedy o istocie takich chwil, o ich wadze i wartości. O tym, jak wszelkie problemy stają się łatwiejsze do rozwiązania, a wątpliwości znikają szybciej niż zwykle. Przypomniał mi się również fakt dostrzegania w codziennych sytuacjach swego rodzaju dobra i piękna, zachwycania się powszedniością i przeżywania z pozoru zupełnie nieuduchowionych urywków naszej egzystencji. Miałem zamknięte powieki, ale moja twarz była skierowana wprost ku słońcu, więc widziałem przed sobą ścianę światła.

najpiękniejszy jest przedmiot
którego nie ma

(…)

zaznacz miejsce
gdzie stał przedmiot
którego nie ma
czarnym kwadratem
będzie to
prosty tren
o pięknym nieobecnym

męski żal
zamknięty
w czworobok

(…)

masz teraz
pustą przestrzeń
piękniejszą od przedmiotu
piękniejszą od miejsca po nim
jest to przedświat
biały raj

Dziwny ideał piękna, przedmiot, którego nie ma. Ciężko to sobie uświadomić, ciężko jest nam, współczesnym, gromadzącym bez przerwy jakieś dobra, budującym własne ja, zrozumieć czystość nicości. Jako ludzie ponowocześni stajemy się mniej ludzcy niż kiedykolwiek. Unikamy odpowiedzialności, bliskości, wysławiamy z jednej strony anonimowość, z drugiej zaś totalny ekshibicjonizm. Wybieramy życie bezproblemowe, pełni strachu, że coś pójdzie nie tak, a nasza skrupulatnie budowana tożsamość runie gwałtownie.

Bartek Konopka nakręcił film pod tytułem „Królik po berlińsku”, w którym przedstawił żywot królików zamieszkujących dawną strefę śmierci pomiędzy obiema częściami muru berlińskiego. W ten metaforyczny sposób pokazał pewne zachowania ludzi, których ludzcy aktorzy nie mogliby tak dobitnie zagrać. Po zburzeniu muru większość zwierząt jest totalnie zdezorientowana i nie może odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Dlaczego więc prymitywne z pozoru postępowanie królików trafia do nas lepiej i uświadamia więcej niż obserwowane na co dzień postępowanie ludzi? Jesteśmy tak bardzo pochłonięci codzienną, banalną prozą życia, że nie możemy zauważyć rzeczy oczywistych. Patrzymy na świat przez kryształowe kule, analizujemy to, co widzimy, odrzucamy jednak to, co staje przed nami w momencie, gdy nasze oczy są zamknięte. Tworzymy sztuczny świat, zapominając, że tak na prawdę nas już nie ma. Przecież nasze życie trwa tak krótko, że w zasadzie nie trwa w ogóle, szczególnie w porównaniu do tego, jak długo istnieje wszechświat.

Siedziałem tak dalej w słońcu, wiedząc, że ta chwila zachwytu nie potrwa zbyt długo. Wiedziałem jednak, że takich chwil w przyszłości będzie więcej. Byłem też pewny faktu, że moja ludzka percepcja nie będzie mi pozwalać na opisanie rzeczywistości w sposób absolutnie prawdziwy i zrozumienie istoty mojego istnienia. Trzeba próbować wybijać się wyżej, patrzeć wewnętrznym okiem. Wzruszać się, przeżywać, nie jednak to, co ktoś przedstawi nam jako prawdziwe, tylko to, co jest cały czas przed nami.

Tyle uczuć mieści się między jednym uderzeniem serca a drugim

tyle przedmiotów można ująć w obie ręce

Nie dziwcie się że nie umiemy opisywać świata
tylko mówimy do rzeczy czule po imieniu

____________________________________

Fragmenty wierszy: Studium przedmiotu i Nigdy o Tobie – Zbigniew Herbert

Siedziałem w słońcu, a przed oczami miałem jasność. Dochodziły do mnie głosy znajomych, pomimo wczesnej godziny dosyć już nietrzeźwych. To był jeden z tych momentów, w których nie zajmuję się niczym innym, tylko spokojnym czerpaniem ludzkiej, życiowej przyjemności. Przypomniałem sobie wtedy o istocie takich chwil, o ich wadze i wartości. O tym, jak wszelkie problemy stają się łatwiejsze do rozwiązania, a wątpliwości znikają szybciej niż zwykle. Przypomniał mi się również fakt dostrzegania w codziennych sytuacjach swego rodzaju dobra i piękna, zachwycania się powszedniością i przeżywania z pozoru zupełnie nieuduchowionych urywków naszej egzystencji. Miałem zamknięte powieki, ale moja twarz była skierowana wprost ku słońcu, więc widziałem przed sobą ścianę światła.

najpiękniejszy jest przedmiot

którego nie ma

(…)

zaznacz miejsce

gdzie stał przedmiot

którego nie ma

czarnym kwadratem

będzie to

prosty tren

o pięknym nieobecnym

męski żal

zamknięty

w czworobok

(…)

masz teraz

pustą przestrzeń

piękniejszą od przedmiotu

piękniejszą od miejsca po nim

jest to przedświat

biały raj

Dziwny ideał piękna, przedmiot, którego nie ma. Ciężko to sobie uświadomić, ciężko jest nam, współczesnym, gromadzącym bez przerwy jakieś dobra, budującym własne ja, zrozumieć czystość nicości. Jako ludzie ponowocześni stajemy się mniej ludzcy niż kiedykolwiek. Unikamy odpowiedzialności, bliskości, wysławiamy z jednej strony anonimowość, z drugiej zaś totalny ekshibicjonizm. Wybieramy życie bezproblemowe, pełni strachu, że coś pójdzie nie tak, a nasza skrupulatnie budowana tożsamość runie gwałtownie.

Bartek Konopka nakręcił film pod tytułem „Królik po berlińsku”, w którym przedstawił żywot królików zamieszkujących dawną strefę śmierci pomiędzy obiema częściami muru berlińskiego. W ten metaforyczny sposób pokazał pewne zachowania ludzi, których ludzcy aktorzy nie mogliby tak dobitnie zagrać. Po zburzeniu muru większość zwierząt jest totalnie zdezorientowana i nie może odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Dlaczego więc prymitywne z pozoru postępowanie królików trafia do nas lepiej i uświadamia więcej niż obserwowane na co dzień postępowanie ludzi? Jesteśmy tak bardzo pochłonięci codzienną, banalną prozą życia, że nie możemy zauważyć rzeczy oczywistych. Patrzymy na świat przez kryształowe kule, analizujemy to co widzimy, odrzucamy jednak to, co staje przed nami w momencie, gdy nasze oczy są zamknięte. Tworzymy sztuczny świat, zapominając, że tak na prawdę nas już nie ma. Przecież nasze życie trwa tak krótko, że w zasadzie nie trwa w ogóle, szczególnie w porównaniu do tego, jak długo trwa wszechświat.

Siedziałem tak dalej w słońcu, wiedząc, że ta chwila zachwytu nie potrwa zbyt długo. Wiedziałem jednak, że takich chwil w przyszłości będzie więcej. Byłem też pewny faktu, że moja ludzka percepcja nie będzie mi pozwalać na opisanie rzeczywistości w sposób absolutnie prawdziwy i zrozumienie istoty mojego istnienia. Trzeba próbować wybijać się wyżej, patrzeć wewnętrznym okiem. Wzruszać się, przeżywać, nie jednak to, co ktoś przedstawi nam jako prawdziwe, tylko to, co jest cały czas przed nami.

Tyle uczuć mieści się między jednym uderzeniem serca a drugim

tyle przedmiotów można ująć w obie ręce

Nie dziwcie się że nie umiemy opisywać świata
tylko mówimy do rzeczy czule po imieniu


Życie to nie teatr

marzec 1, 2009

image001

Nienawidzę szarej zimy. Białej też nienawidzę. W ogóle nienawidzę. Nie lubię. Nie podoba mi się. Ogólnie jestem na „nie” wobec wszystkiego i wszystkich. Z czego to wynika? Nie wiem, ale zawsze można zrzucić całą winę na pogodę. Że pada, albo, że nie pada, że słońce za bardzo, albo, że nie ma słońca, że za zimno, że za ciepło, że generalnie źle i nie tak. I jak mi (a może lepiej mnie?) się nie chcę do kogoś odzywać, to dlaczego nikt nie rozumie, że po prostu mi (mnie?) się nie chce odzywać do nikogo, tylko bierze to do siebie? Czy tak trudno to zrozumieć? Są takie chwile w życiu, że się nie chce i już. Że najchętniej wlazłoby się w tapczan i z niego nie wyłaziło, trzymając głowę gdzieś pomiędzy poduszką i kołdrą w ciemnej przestrzeni tapczanowej trumny. A ludzie przychodziliby i siadali nad głową i wreszcie by niczego nie chcieli. I nic nie mówili w moim kierunku, bo przecież nikt nie mówi pod siebie. Czasem tak strasznie nie chce się nic. I ten „wąż w brzuchu”, który siedzi tam i się wierci bez przerwy zdaje się wędrować w górę przez przełyk, aż do poziomu krtani nie zaciskając jej jednak całkowicie, tylko odrobinę z dnia na dzień poddusza człowieka, żeby był świadomy jego obecności.

Wyjść z tej sytuacji jest kilka. Można sobie dać spokój z tym wszystkim raz na zawsze. Sposobów jest wiele. Skakanie wydaję się słabe. Trudno przecież znaleźć w tym mieście odpowiedni budynek, wystarczająco wysoki, no i wystarczająco, rzekłbym, poetycki. No bo skakać z szarego bloku? Fuj! No chyba, że jakaś kamienica wysoka na starym mieście. Tylko trochę za krótka droga z góry na dół i być może próba byłaby nieudana, a to jest wykluczone. Do tego ludzie by się zbiegli pooglądać, bo przecież taka okazja może się już nie nadarzyć, a tego typu ekshibicjonizm nie wchodzi w grę. Kuchenka gazowa również odpada. No bo potem wybuchnąć może i istnieje możliwość, że komuś postronnemu stanie się krzywda, a tego nikt przecież nie chce. Sznur. Nie, sznur na pewno nie. Bo nie. Jakaś trucizna? To, w odpowiedniej konfiguracji, wydaje się być wyjściem najrozsądniejszym. Poczciwy diazepam, „mother’s little helper”, za Oceanem Valium, u nas znane prawie wszystkim Relanium. W ilości sporej. Oczywiście zapite jakimś alkoholem. Tylko broń Boże byle jakim! Jim Beam, powiedzmy. Szklanka, albo trochę więcej, wypita jak najszybciej się da. I jeden szczegół jeszcze. Żeby uniknąć nieprzyjemnych skutków ubocznych, typu konwulsje, wymioty, dobrze jest, w momencie kiedy wiadomo, że nie ma już odwrotu, a zobojętnienie na wszystko osiągnie już wymagany poziom, włożyć sobie na głowę worek foliowy w odpowiednim rozmiarze. Oddech i tak już słabnie, a worek przyspieszy całą sprawę i zagwarantuje przyjemne niedotlenienie, a co za tym idzie, mogą pojawić się kolorowe wizje. Taki grand finale powiedzmy, jak pokaz sztucznych ogni w Disneylandzie.

I już. Po krzyku. Można też inaczej, „na żywca” próbować tego węża zgładzić (życie jest straszniejsze i piękniejsze jeszcze jest; / wszystko przy nim blednie, blednie nawet sama śmierć;). Można z nim walczyć. W całym teatrze życia (czy nie-teatrze?) szukać miłości, piękna i szczęścia, albo, uświadomić sobie, że tak naprawdę to wszystko już się ma. I w ogóle nie trzeba daleko szukać. Bo przecież to, że ktoś mówi, że zadaje sobie trud wyartykułowania kilku słów w naszym kierunku, to już bardzo wiele (a czasem niestety zbyt wiele…). I wcale nie chodzi temu komuś o to, „że pogoda tej zimy wyjątkowo depresyjna” (w zasadzie tej zimy pogoda wyjątkowo zimowa, czyż nie?). Wszystko sprowadza się do kwestii wyboru, tego, czy idzie się na łatwiznę, czy nie. Będąc świadomym pewnych kwestii, może czując trochę bardziej niż większość, trudno jest przecież bezmyślnie ciągle się uśmiechać, bądź razem, zbiorowo, narodowo-telewizyjnie płakać. O ile przyjemniej jest zakpić sobie po raz kolejny ze wszystkiego i wszystkich!