Jeden fałszywy krok, jeden głupi krok, chwila nieuwagi i bezmyślności. Niestety, czasu nie da się cofnąć. Na początku wydawało się, że tylko skręcona. Werdykt był doprawdy zaskakujący – złamanie kostek bocznych goleni, po stronie przyśrodkowej zerwane więzadło. Któreś tam. Konieczna jest operacja, długie unieruchomienie, rehabilitacja. Całe plany wakacyjne legły w gruzach… A miałem na co najmniej dwa miesiące opuścić ten piękny kraj, odpocząć, zregenerować obolałą głowę. Cóż, takie jest życie, raz pod wozem, raz pod wozem.
Jechałem wózkiem inwalidzkim korytarzem, po którym jeszcze do niedawna paradowałem w przebraniu lekarza ze stetoskopem w kieszeni fartucha. Cóż za straszna degradacja! Odsuwałem od siebie wszystkie złe myśli, nigdy nie byłem pacjentem szpitala, nigdy nie miałem gipsu na żadnej części ciała, nie mówiąc już o jakiejkolwiek operacji, wszystko było dla mnie zupełnie nowe. Oczywiście nowe tylko pod względem nieoczekiwanej zmiany ról.
W izbie przyjęć sanitariusz poinformował mnie, że teraz zrobi mi EKG i zapytał, czy miałem kiedyś takie badanie i czy wiem, na czym ono polega. Uśmiechnąłem się pod nosem i przytaknąłem. W zasadzie był to pierwszy i ostatni raz, kiedy ktoś z personelu szpitala poinformował mnie o czymś dobrowolnie. Okazało się, że informacja to jeden z bardziej deficytowych towarów w szpitalu. Potem, już na oddziale, pielęgniarka zadała mi kilka formularzowych pytań, które pamiętałem jeszcze z praktyk po pierwszym roku, kiedy sam zadawałem takie pytania pacjentom. No i trafiłem na swoje łóżko. Bałem się go. Bałem się tej pościeli, której dotykało przede mną tylu chorych ludzi. A może ktoś umarł, przykryty właśnie tą kołdrą? Ale przecież wyjścia żadnego nie było, więc grzecznie położyłem się i tak leżałem z około dwu godzinną przerwą przez pięć dni i nocy.
Operacja opóźniła się o jeden dzień, ciężko było się dowiedzieć dlaczego, raz mówili jedno, raz drugie. Na sali nie było najgorzej, kilka łóżek, towarzysze raczej bezproblemowi. No, może oprócz kolegi po dwu i pół promilowym wypadku samochodowym z uszkodzonym kręgosłupem szyjnym, który był amatorem telewizji Viva i głośnego łupucupu na empetrójce, które to łupucupu docierało aż do mnie. Ale to tylko niewielka niedogodność. No i wreszcie, pewnego dnia wparował lekarz, wyjątkowo szybki i małomówny, popukał w gips i powiedział, że może mnie dzisiaj zrobią. Nareszcie – pomyślałem – wreszcie mnie dzisiaj zrobią!
Przyszła pielęgniarka i założyła mi na rękę opaskę z nazwiskiem i peselem, służącą do identyfikacji na trakcie operacyjnym. No a potem była niespodzianka – przybiegł wyjątkowo szybki i małomówny lekarz i rozkazał założyć cewnik. Tego się nie spodziewałem, ale chyba lepiej, że stało się to z zaskoczenia. Wsadzanie tam (tak, tam) dosyć grubej gumowej rurki (tak, mieści się) nie należy niestety do rzeczy przyjemnych. Oczywiście nie było nawet mowy o jakiejkolwiek premedykacji, zero środków uspokajających, a ja niestety w tego typu sprawach dotyczących mnie samego jestem dosyć nerwowy. Antybiotyk do żyły i jedziemy na trakt. Dwie miłe panie wiozły mnie łóżkiem, zachowując obyczaj, głową do przodu. Na jedynym z wąskich zakrętów również stwierdziły, że chociaż nie są przesądne, to rytuału dotrzymają i nie odwrócą łóżka, nawet jeśli ułatwiłoby to im transport. Tego również nauczyłem się po pierwszym roku, kiedy sam woziłem pacjentów na trakt, a pielęgniarki wydzierały się na mnie „chłopak, głową do przodu!”.
No to kroimy. I wiercimy. Znieczulenie podpajęczynówkowe, igła w plecy, a potem, po chwili, zero czucia od pasa w dół. No i zero ruchów. Na parę godzin stałem się kaleką. Dwóch doktorów wzięło się za skalpele, wiertarki i inne narzędzia tortur. Słyszałem wiercenie, trzaski i takie tam, a także rozmowy lekarzy. Wyjątkowo szybki i małomówny doktor nagle zaczął mówić wyjątkowo dużo o którymś ze swoich kolegów (chuj pierdolony, dzwoni tylko i problemy robi, jebany) na co drugi, młodszy doktor odpowiadał już mniej wylewnie (będzie jeszcze kiedyś czegoś chciał, to zobaczy). Zacząłem się dygotać, jakoś tak. Anestezjolog polecił coś mi podać, informując pielęgniarkę, że trochę panikuję. Midazolam popłyną do żyły i było już lepiej. Niestety, o premedykacji nikt nie pomyślał, a przecież mogło być dużo spokojniej i przyjemniej. Na szczęście dosyć szybko było po wszystkim.
Teraz w zasadzie zaczęło się najgorsze. Po jakiś siedmiu godzinach czucie wróciło i zaczęło boleć. Nawet bardzo, koło drugiej w nocy. Zaczęły się kroplówki. No i niestety chuja dawały te kroplówki. Wszyscy bali się bardzo, że się uzależnię od opioidowych leków przeciwbólowych, a to, że bolało – cóż, musi boleć. Otóż wcale nie musi. Już nie chciało mi się im tłumaczyć, że jeśli chodzi o takie leki to mam dosyć spore doświadczenie rekreacyjne i jakoś uzależniony od nich nie jestem. Swego czasu zdarzało mi się zażywać jednego dnia dawkę większą, niż w szpitalu dostałem przez trzy dni, tylko po to, aby spędzić mile wieczór. Ale niestety to kolejny obyczaj polskiej służby zdrowia, poboleć musi. Ból nie trwał długo, po trzech dniach było już prawie dobrze. Najgorszy stał się teraz zakaz wstawania z łóżka, nieustanne leżenie na wznak z uniesioną nogą. Ale i to jakoś zniosłem. Potem było już tylko lepiej, usunięto cewnik, a pielęgniarka zawiozła mnie na zmianę opatrunku i usunięcie drenu. Pierwszy raz od czterech dni zobaczyłem przez okno niebo, na sali moje łóżko stało tyłem do okna, widziałem więc tylko sufit i drzwi. Był to widok, który napełnił mnie sporym optymizmem, nie sądziłem, że można ucieszyć się tak bardzo na widok pochmurnego nieba.
Potem był wypis. Leżałem w domu prawie bez przerwy przez kilka dni, teraz zaczynam już śmiało hasać o kulach po mieszkaniu, wracam powoli do aktywnego życia, ze sporym niestety obciążeniem w postaci gipsu, który jeszcze długo będzie mi towarzyszył. To, co przeżyłem sprawiło, że już nigdy tak samo jak wcześniej nie spojrzę na chorego człowieka. Doświadczyłem poważnego spadku w szpitalnej hierarchii, już nie byłem pretendentem to tytułu szefa, ba, nie byłem nawet salową – byłem nędznym pomiotem, który o niczym nie decyduje i bardzo mało znaczy, byłem pacjentem. Nie myślałem wcześniej, że to tak trudna rola w szpitalnym teatrze. Najgorsza była bezsilność i brak informacji, będąc przykutym do łóżka musiałem wzywać salową bądź pielęgniarkę nawet z błahych powodów, jakakolwiek informacja musiała być prawie że siłą wyciągana od lekarzy. A przecież na oddziale było kilku znajomych, większość personelu wiedziała, że jestem studentem medycyny, a rodzice codziennie przychodzili, przynosili mi jedzenie i pomagali mi się myć. Wolę nie myśleć, jak byłoby bez tego. Reasumując, czułem się upokorzony. Kiedy leżąc w łóżku zobaczyłem przez otwarte drzwi znajomą grupę studencką, zakryłem twarz. Wstydziłem się. Wiem, to absurdalne, ale tak było. To bardzo dziwne uczucie. Dzięki temu wiem, jak może czuć się pacjent w takim stanie i jak wiele znaczy dla niego dobry kontakt z lekarzem, pielęgniarką, jak wiele znaczyć może dobre słowo i okazanie zainteresowania. Nie ma u nas zwyczaju przywiązywania do tego wagi, żaden lekarz, który ze mną rozmawiał nie wpadł nawet na pomysł, żeby się przedstawić i powiedzieć, kim on właściwie jest i po co przyszedł. Niektórzy mogą stwierdzić, że to nieistotne, ja jednak jestem pewien, że są to sprawy wielkiej wagi. Nie wystarczy przecież zajmować się chorą nogą, bo to nie noga choruje, tylko człowiek, który ma być tutaj najważniejszy. Rozumiem, że lekarze są przepracowani, zaganiani, a niektórzy naprawdę pozytywnie zaskakiwali, ale niestety większość z nich w zakresie kontaktu z chorym pozostawiała wiele do życzenia.
Byłem pacjentem bardzo krótko, wiedziałem, że nic poważnego mi nie dolega i zapewne opuszczę to miejsce niebawem. Przerażała mnie myśl o bardzo długim leżeniu w szpitalnym łóżku, na które skazani są ludzie ciężko chorzy. Uświadomiłem sobie, że w szpitalu można poczuć się w pewnym sensie trochę jak muzułman w obozie koncentracyjnym, czyli więzień najniższy w hierarchii. Nie chodzi tu oczywiście o obóz śmierci, wręcz przeciwnie, chociaż zgony zdarzają się tam stosunkowo często. Potem w tej klasyfikacji plasują się salowe, sanitariusze, pielęgniarki, najwyżej postawieni są lekarze. Wszyscy jednak zdają się być więźniami, a komendant tego obozu (jeśli taki w ogóle istnieje) mieszka gdzieś, bardzo wysoko, jest ponoć wszechmogący, ale i tak każdy z uwięzionych stara się, często z różną skutecznością, pokrzyżować jego niecne plany.
Opublikował/a kiffi 
Opublikował/a kiffi 
Opublikował/a kiffi