Ostatni głos z Polski suwerennej

listopad 30, 2009

Znowu to samo, nie chcę się powtarzać, zaostrzenie choroby zdaje się, afektywnej. Już Hipokrates pisał o czarnej mazi, która duszę wypełnia. Jejku, jak to pięknie zacząć zdanie od „już Hipokrates…”, albo, powiedzmy „już starożytni Grecy…”. W zasadzie do wszystkiego pasuje. A na początku cytat z filozofa, znanego ogółowi z imienia, czy też jakiś poeta, Mickiewicz, Słowacki. Homer. Bez przesady. I od razu wiadomo, że erudyta dzieło popełnił, tytuł też ładnie podkreślił i być może jakiś szalony wstawił na koniec szlaczek. Zostaje jeszcze środek (treść?) pomiędzy cytatem a szlaczkiem, w którym się piszę głownie za pomocą kombinacji Ctrl+v, bądź polecenia z menu kontekstowego, które to menu po lewym kliknięciu myszą się pojawia. I praca gotowa, na lekcje, na zajęcia, a może i szczebel jeszcze wyżej. Bez sensu. Na dodatek jesień, pada i chociaż raczej wesoły jestem, to pisać się nie chce, w ogóle nic się nie chce, szczególnie rano z łóżka wstawać. Wkradają się myśli do głowy, że wszystko jest bezcelowe, i tak skończy się źle, nie ma sensu się starać, a wszystko co można zrobić i wymyśleć, już kiedyś zostało zrobione i wymyślone. I tak dalej, i tak dalej, bzdury, głupoty, szkoda czasu.

Sięgając w przeszłość. Tak, widzę siebie. W kołysce. Byłem złym dzieckiem. Zacząłem mówić wcześnie, zanim stuknął mi roczek, a nowo nabytą umiejętność od razu wykorzystywałem do celów niecnych. Kazałem się kołysać nieustannie, darłem się nie chcąc spać, ubliżałem ogółowi na szczęście nie znając jeszcze wulgaryzmów. Zacząłem kłamać, co czynię do dziś i uważam za bardzo użyteczne. Rzeczywistość wtedy dla mnie nie istniała, co akurat w tym wieku jest normalne. Świat ograniczał się do kilku osób, kilku czynności, nie było skomplikowanych uczuć i refleksji. Było jednak coś, co wybijało się ponad prozę nieskomplikowanego życia. Bajki, a może raczej baśnie, docierające do mnie za pomocą przekazów różnego rodzaju. Na czytanie zwykle nie było czasu, więc z rozwiązaniem spieszyła nowoczesna technika, niosąc bajki audio na płytach winylowych i kasetach. Kompaktu, drogie dzieci, jeszcze wtedy nie było. Uwielbiałem słuchać po tysiąc razy tych samych klasyków bajkowych, „Alicji w krainie czarów”, „Chatki Puchatka”, „Calineczki” i innych, często mniej znanych, a nawet, rzekłbym, undergroundowych pozycji dla dzieci. Nie odbywało się to przyswajanie banalnych z pozoru historyjek bez perturbacji. O co chodziło w „Chatce Puchatka” zrozumiałem dopiero gdzieś w podstawówce, a pewna kwestia dotycząca „Calineczki” nurtuje mnie do dziś. Mianowicie kret, z którym żywot dzieliła w którymś momencie Calineczka, używał kawałka próchna do rozświetlania podziemnych korytarzy. Jak, na miłość boską, spróchniałe drewno ma świecić? Cóż, może czegoś nie wiem… Nigdy nie byłem jeszcze w norze kreta. Ale, tak było, Hans Christian Andersen i inni jemu podobni uczyli mnie wrażliwości i dociekliwości. Być może dzięki temu nie obruszam się oglądając kolejny film Larsa von Triera, być może właśnie dlatego wolę, żeby świat i literacka fikcja nie były pozbawione śmierci, dziwactwa, cierpienia, być może dlatego zawsze wierzę w pozytywne zakończenie. No, może prawie zawsze.

Idąc dalej. Muszę się do czegoś przyznać, uderzyć się w piersi. Ukorzyć. Ładne słowo, „ukorzyć”, „korzyć”. Któż go dzisiaj używa? Ukorzając się, czy też korząc się (nie wiem, czy to poprawne formy), przyznaję mało uroczyście, że w wieku nastoletnim byłem wiernym czytelnikiem książek Paula Coelho. Cóż, potem młodzież miała czarodzieja z Hogwartu, ja miałem alchemika z pustyni. Trochę wstyd, ale co tam, młody i głupi byłem. Po tym, jak w angielskiej wersji książki tego grafomana pod tytułem „The Valkyries” przeczytałem, że na okładce płyty Beatlesów „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” znajduje się wizerunek szatana, dałem sobie spokój z literaturą tego typu. Potem było już tylko lepiej. Chyba. Dociekliwość moja nie znała i do dziś nie zna granic. Będąc fanem poezji Gałczyńskiego i jednocześnie mając świadomość pewnych słabości tego autora, wprawiła mnie w dosyć dobry humor świetnie znana piosenka wykonywana przez Grechutę:

Ile razem dróg przebytych?
Ile scieżek przedeptanych?
Ile deszczów, ile śniegów
wiszących nad latarniami?

Ile listów, ile rozstań,
ciężkich godzin w miastach wielu?
I znów upór, żeby powstać
i znów iść, i dojść do celu.

Ile w trudzie nieustannym
Wspólnych zmartwień, wspólnych dążeń?
Ile chlebów rozkrajanych?
Pocałunków? Schodów? Książek?

Oczy twe jak piękne świece
A w sercu źródło promienia
Więc ja chciałbym twoje serce
Ocalić od zapomnienia

U twych ramion płaszcz powisa
Krzykliwy, z leśnego ptactwa
Długi przez cały korytarz
Przez podwórze, aż gdzie gwiazda Wenus

A tyś lot i górność chmur
Blask wody i kamienia
Chciałbym oczu twoich chmurność
Ocalić od zapomnienia

Ach jakie piękne, aż się wzruszyłem. Cóż, sprytny wybór z „Pieśni” Gałczyńskiego. A teraz mój wybór z tego samego utworu:

Oto jest nasz dzień codzienny,
nasze małe budowanie,
trud uparty i niezmienny,
nieustanne kształtowanie.

Słońce wschodzi i zachodzi,
drzewa kwitną, liście ronią,
my strumień rzeczywistości
kształtujemy naszą dłonią.

Jesteśmy cząstką w zespole,
z niego płynie nasza siła –
żeby chleb leżał na stole,
a pracom lampa świeciła;

(…)

Nie jesteśmy, by spożywać
urok świata, ale po to,
by go tworzyć i przetaczać
przez czasy jak skałę złotą.

Choćby i po razy tysiąc
osaczyły nas trudności,
my idziemy blaskiem bijąc
w urodę maszyn i roślin.

(…)

Myślę, że po to są wiersze,
ich ruch ku sercu człowieka,
by szerzej szła, coraz szerzej,
przez kontynenty jutrzenka,

światłami po wszystkich placach,
światłami w każdej ulicy,
ta Eos różanopalca
z dumną twarzą robotnicy.

Tak, Eos z twarzą robotnicy, uroda maszyn, piękno, rytmika prawie marszowa, maszerujmy więc niosąc naszą ideę reszcie świata. Dlaczego tego nikt nie śpiewa? Przecież też ładne i wzruszające. Pełni jesteśmy sprzeczności, pełen sprzeczności był Gałczyński, pełen sprzeczności jest cały boży świat. Fakt, tylko dociekliwi to dostrzegają i przysparzają sobie przez to sporych problemów natury różnorakiej. Czy przez to mniej lubię Gałczyńskiego? Ależ skąd! Jestem również dosyć wyrozumiały i tolerancyjny, też zapewne dzięki bajkom.

Inny miał być tytuł tych moich wypocin, długo nie mogłem się zdecydować co napisać, jak napisać, czy napisać, kiedy napisać, po co napisać, etc., a kiedy już prawie napisałem, przeczytałem, że jutro Polska straci suwerenność. Tak przynajmniej twierdzi Janusz Korwin-Mikke. Tak więc, żegnając się z ojczyzną przepraszam za chaos powyższej formy, obiecuję poprawę również w wymiarze systematyczności pisania. Nie rzucim ziemi skąd nasz ród!


Niczym dziewica

sierpień 15, 2009

img089

Była cicha i piękna jak wiosna,
żyła prosto, zwyczajnie, jak my.
Ona Boga na świat nam przyniosła
i na ziemi wśród łez nowe dni zajaśniały.

Ksiądz kroczy polną drogą, za nim tabuny. Matki, ojcowie, synowie, córki, babcie, dziadkowie i inni, mniej sprecyzowani. Pieśń maryjną niesie ciepły, sierpniowy wiatr, pachnący mydłem i pokrzywowym szamponem do włosów. Wszystko jest perfekcyjnie wyprasowane i wykrochmalone, nawet liście na drzewach wydają się porządniejsze niż zwykle. Twarze buraczane równo artykułują kolejne sylaby pieśni z oczami zwróconymi przed siebie, nigdy w bok. Rząd dusz płynie niczym rzeka, aż nagle chlip, bucik duchownego lidera grzęźnie w czymś lepkim i miękkim. Kupa. Na dodatek krowia.

Like a virgin
Touched for the very first time
Like a virgin
When your heart beats
Next to mine

Kluczową ideą Sekty jest utrzymanie monopolu, kto nie jest z nami ten przeciwko nam, zasada prosta jak drut. Kiedy więc zjawia się kobieta z ksywą jednoznaczną, na dodatek pochodząca z bezbożnego zachodniego świata, trzeba modły wznosić aby jej śpiew piskliwy zagłuszyć. A rząd dusz i ona posiada, dosyć spory i majętny, co czyni ją wrogiem wyjątkowo groźnym. Na dodatek ona istnieje, jest tu i teraz, mówi i rusza się co daje jej przewagę nad swoim biblijnym odpowiednikiem.

Dzisiaj światu potrzeba dobroci,
by niepokój zwyciężyć i zło.
Trzeba ciepła, co życie ozłoci,
trzeba Boga, więc ludziom nieśmy Go,
tak jak Ona.

Niosą więc tego Boga na swych barkach wszędzie, również tam gdzie go nie chcą, aplikują siłą, chociaż już coraz mniej owieczek wierzy. Kiedy się opamiętają, nie wiadomo, pewnie nigdy. Redaktorek, którego nazwiska nie wymienię, ostatnio w telewizorni rządowej mówił, jak straszne rzeczy dzieją się, kiedy się odejdzie od Boga. Przypominał, że zarówno Hitler, jak i Stalin w siłę wyższą nie wierzyli. Zapomniał jednak, że żołnierze Wehrmachtu mieli na detalach umundurowania zamieszczoną maksymę „Got mit uns”, a nie „Gott ist tot”. I jak mordowali, wpychali Żydów i innych do komór gazowych, to też widniał na nich napis „Got mit uns”. Zamachowcy z 11 września też umierali z imieniem Boga na ustach, nie mówiąc już o Irlandii, Bałkanach, Palestynie i Izraelu, i tak dalej, i tak dalej…

Gonna give you all my love, boy
My fear is fading fast
Been saving it all for you
Cause only love can last

Prymas dzisiaj na świętej górze mówił, że sami chcemy być Bogami, że Bogami stają się ludzie mediów, dostarczający nam rozrywki. Komentatorzy powiedzieli, że chodziło mu o koncert. A ja myślałem, że chodziło mu o Rydzyka, który jeszcze niedawno śmiał się z murzyna na tej samej świętej górze, że się nie mył. No to ja teraz też się pośmieje, z matki boskiej dziewicy co ją żywcem do nieba wzięli. I stwierdzę z całą pewnością, że o to ja również jestem Bogiem, oczywiście metaforycznie, bo bliżej mi do „Gott ist tot” Nietzschego niż do hitlerowskiego „Gott mit uns”. Będąc już Bogiem swoim własnym, chciałbym zapewnić, że każdy jest również Bogiem samym dla siebie, bo ten z nieba z długą brodą umarł już jakiś czas temu. A jeśli nawet nie umarł, to i tak nie ma go od dawna, bo wyjechał w interesach. Hulaj dusza!

Matka, która wszystko rozumie,
sercem ogarnia każdego z nas.
Matka zobaczyć dobro w nas umie,
Ona jest z nami w każdy czas.


Głową do przodu

czerwiec 30, 2009

Jeden fałszywy krok, jeden głupi krok, chwila nieuwagi i bezmyślności. Niestety, czasu nie da się cofnąć. Na początku wydawało się, że tylko skręcona. Werdykt był doprawdy zaskakujący – złamanie kostek bocznych goleni, po stronie przyśrodkowej zerwane więzadło. Któreś tam. Konieczna jest operacja, długie unieruchomienie, rehabilitacja. Całe plany wakacyjne legły w gruzach… A miałem na co najmniej dwa miesiące opuścić ten piękny kraj, odpocząć, zregenerować obolałą głowę. Cóż, takie jest życie, raz pod wozem, raz pod wozem.

Jechałem wózkiem inwalidzkim korytarzem, po którym jeszcze do niedawna paradowałem w przebraniu lekarza ze stetoskopem w kieszeni fartucha. Cóż za straszna degradacja! Odsuwałem od siebie wszystkie złe myśli, nigdy nie byłem pacjentem szpitala, nigdy nie miałem gipsu na żadnej części ciała, nie mówiąc już o jakiejkolwiek operacji, wszystko było dla mnie zupełnie nowe. Oczywiście nowe tylko pod względem nieoczekiwanej zmiany ról.

W izbie przyjęć sanitariusz poinformował mnie, że teraz zrobi mi EKG i zapytał, czy miałem kiedyś takie badanie i czy wiem, na czym ono polega. Uśmiechnąłem się pod nosem i przytaknąłem. W zasadzie był to pierwszy i ostatni raz, kiedy ktoś z personelu szpitala poinformował mnie o czymś dobrowolnie. Okazało się, że informacja to jeden z bardziej deficytowych towarów w szpitalu. Potem, już na oddziale, pielęgniarka zadała mi kilka formularzowych pytań, które pamiętałem jeszcze z praktyk po pierwszym roku, kiedy sam zadawałem takie pytania pacjentom. No i trafiłem na swoje łóżko. Bałem się go. Bałem się tej pościeli, której dotykało przede mną tylu chorych ludzi. A może ktoś umarł, przykryty właśnie tą kołdrą? Ale przecież wyjścia żadnego nie było, więc grzecznie położyłem się i tak leżałem z około dwu godzinną przerwą przez pięć dni i nocy.

Operacja opóźniła się o jeden dzień, ciężko było się dowiedzieć dlaczego, raz mówili jedno, raz drugie. Na sali nie było najgorzej, kilka łóżek, towarzysze raczej bezproblemowi. No, może oprócz kolegi po dwu i pół promilowym wypadku samochodowym z uszkodzonym kręgosłupem szyjnym, który był amatorem telewizji Viva i głośnego łupucupu na empetrójce, które to łupucupu docierało aż do mnie. Ale to tylko niewielka niedogodność. No i wreszcie, pewnego dnia wparował lekarz, wyjątkowo szybki i małomówny, popukał w gips i powiedział, że może mnie dzisiaj zrobią. Nareszcie – pomyślałem – wreszcie mnie dzisiaj zrobią!

Przyszła pielęgniarka i założyła mi na rękę opaskę z nazwiskiem i peselem, służącą do identyfikacji  na trakcie operacyjnym. No a potem była niespodzianka – przybiegł wyjątkowo szybki i małomówny lekarz i rozkazał założyć cewnik. Tego się nie spodziewałem, ale chyba lepiej, że stało się to z zaskoczenia. Wsadzanie tam (tak, tam) dosyć grubej gumowej rurki (tak, mieści się) nie należy niestety do rzeczy przyjemnych. Oczywiście nie było nawet mowy o jakiejkolwiek premedykacji, zero środków uspokajających, a ja niestety w tego typu sprawach dotyczących mnie samego jestem dosyć nerwowy. Antybiotyk do żyły i jedziemy na trakt. Dwie miłe panie wiozły mnie łóżkiem, zachowując obyczaj, głową do przodu. Na jedynym z wąskich zakrętów również stwierdziły, że chociaż nie są przesądne, to rytuału dotrzymają i nie odwrócą łóżka, nawet jeśli ułatwiłoby to im transport. Tego również nauczyłem się po pierwszym roku, kiedy sam woziłem pacjentów na trakt, a pielęgniarki wydzierały się na mnie „chłopak, głową do przodu!”.

No to kroimy. I wiercimy. Znieczulenie podpajęczynówkowe, igła w plecy, a potem, po chwili, zero czucia od pasa w dół. No i zero ruchów. Na parę godzin stałem się kaleką. Dwóch doktorów wzięło się za skalpele, wiertarki i inne narzędzia tortur. Słyszałem wiercenie, trzaski i takie tam, a także rozmowy lekarzy. Wyjątkowo szybki i małomówny doktor nagle zaczął mówić wyjątkowo dużo o którymś ze swoich kolegów (chuj pierdolony, dzwoni tylko i problemy robi, jebany) na co drugi, młodszy doktor odpowiadał już mniej wylewnie (będzie jeszcze kiedyś czegoś chciał, to zobaczy). Zacząłem się dygotać, jakoś tak. Anestezjolog polecił coś mi podać, informując pielęgniarkę, że trochę panikuję. Midazolam popłyną do żyły i było już lepiej. Niestety, o premedykacji nikt nie pomyślał, a przecież mogło być dużo spokojniej i przyjemniej. Na szczęście dosyć szybko było po wszystkim.

Teraz w zasadzie zaczęło się najgorsze. Po jakiś siedmiu godzinach czucie wróciło i zaczęło boleć. Nawet bardzo, koło drugiej w nocy. Zaczęły się kroplówki. No i niestety chuja dawały te kroplówki. Wszyscy bali się bardzo, że się uzależnię od opioidowych leków przeciwbólowych, a to, że bolało – cóż, musi boleć. Otóż wcale nie musi. Już nie chciało mi się im tłumaczyć, że jeśli chodzi o takie leki to mam dosyć spore doświadczenie rekreacyjne i jakoś uzależniony od nich nie jestem. Swego czasu zdarzało mi się zażywać jednego dnia dawkę większą, niż w szpitalu dostałem przez trzy dni, tylko po to, aby spędzić mile wieczór. Ale niestety to kolejny obyczaj polskiej służby zdrowia, poboleć musi. Ból nie trwał długo, po trzech dniach było już prawie dobrze. Najgorszy stał się teraz zakaz wstawania z łóżka, nieustanne leżenie na wznak z uniesioną nogą. Ale i to jakoś zniosłem. Potem było już tylko lepiej, usunięto cewnik, a pielęgniarka zawiozła mnie na zmianę opatrunku i usunięcie drenu. Pierwszy raz od czterech dni zobaczyłem przez okno niebo, na sali moje łóżko stało tyłem do okna, widziałem więc tylko sufit i drzwi. Był to widok, który napełnił mnie sporym optymizmem, nie sądziłem, że można ucieszyć się tak bardzo na widok pochmurnego nieba.

Potem był wypis. Leżałem w domu prawie bez przerwy przez kilka dni, teraz zaczynam już śmiało hasać o kulach po mieszkaniu, wracam powoli do aktywnego życia, ze sporym niestety obciążeniem w postaci gipsu, który jeszcze długo będzie mi towarzyszył. To, co przeżyłem sprawiło, że już nigdy tak samo jak wcześniej nie spojrzę na chorego człowieka. Doświadczyłem poważnego spadku w szpitalnej hierarchii, już nie byłem pretendentem to tytułu szefa, ba, nie byłem nawet salową – byłem nędznym pomiotem, który o niczym nie decyduje i bardzo mało znaczy, byłem pacjentem. Nie myślałem wcześniej, że to tak trudna rola w szpitalnym teatrze. Najgorsza była bezsilność i brak informacji, będąc przykutym do łóżka musiałem wzywać salową bądź pielęgniarkę nawet z błahych powodów, jakakolwiek informacja musiała być prawie że siłą wyciągana od lekarzy. A przecież na oddziale było kilku znajomych, większość personelu wiedziała, że jestem studentem medycyny, a rodzice codziennie przychodzili, przynosili mi jedzenie i pomagali mi się myć. Wolę nie myśleć, jak byłoby bez tego. Reasumując, czułem się upokorzony. Kiedy leżąc w łóżku zobaczyłem przez otwarte drzwi znajomą grupę studencką, zakryłem twarz. Wstydziłem się. Wiem, to absurdalne, ale tak było. To bardzo dziwne uczucie. Dzięki temu wiem, jak może czuć się pacjent w takim stanie i jak wiele znaczy dla niego dobry kontakt z lekarzem, pielęgniarką, jak wiele znaczyć może dobre słowo i okazanie zainteresowania. Nie ma u nas zwyczaju przywiązywania do tego wagi, żaden lekarz, który ze mną rozmawiał nie wpadł nawet na pomysł, żeby się przedstawić i powiedzieć, kim on właściwie jest i po co przyszedł. Niektórzy mogą stwierdzić, że to nieistotne, ja jednak jestem pewien, że są to sprawy wielkiej wagi. Nie wystarczy przecież zajmować się chorą nogą, bo to nie noga choruje, tylko człowiek, który ma być tutaj najważniejszy. Rozumiem, że lekarze są przepracowani, zaganiani, a niektórzy naprawdę pozytywnie zaskakiwali, ale niestety większość z nich w zakresie kontaktu z chorym pozostawiała wiele do życzenia.

Byłem pacjentem bardzo krótko, wiedziałem, że nic poważnego mi nie dolega i zapewne opuszczę to miejsce niebawem. Przerażała mnie myśl o bardzo długim leżeniu w szpitalnym łóżku, na które skazani są ludzie ciężko chorzy. Uświadomiłem sobie, że w szpitalu można poczuć się w pewnym sensie trochę jak muzułman w obozie koncentracyjnym, czyli więzień najniższy w hierarchii. Nie chodzi tu oczywiście o obóz śmierci, wręcz przeciwnie, chociaż zgony zdarzają się tam stosunkowo często. Potem w tej klasyfikacji plasują się salowe, sanitariusze, pielęgniarki, najwyżej postawieni są lekarze. Wszyscy jednak zdają się być więźniami, a komendant tego obozu (jeśli taki w ogóle istnieje) mieszka gdzieś, bardzo wysoko, jest ponoć wszechmogący, ale i tak każdy z uwięzionych stara się, często z różną skutecznością, pokrzyżować jego niecne plany.