Znowu to samo, nie chcę się powtarzać, zaostrzenie choroby zdaje się, afektywnej. Już Hipokrates pisał o czarnej mazi, która duszę wypełnia. Jejku, jak to pięknie zacząć zdanie od „już Hipokrates…”, albo, powiedzmy „już starożytni Grecy…”. W zasadzie do wszystkiego pasuje. A na początku cytat z filozofa, znanego ogółowi z imienia, czy też jakiś poeta, Mickiewicz, Słowacki. Homer. Bez przesady. I od razu wiadomo, że erudyta dzieło popełnił, tytuł też ładnie podkreślił i być może jakiś szalony wstawił na koniec szlaczek. Zostaje jeszcze środek (treść?) pomiędzy cytatem a szlaczkiem, w którym się piszę głownie za pomocą kombinacji Ctrl+v, bądź polecenia z menu kontekstowego, które to menu po lewym kliknięciu myszą się pojawia. I praca gotowa, na lekcje, na zajęcia, a może i szczebel jeszcze wyżej. Bez sensu. Na dodatek jesień, pada i chociaż raczej wesoły jestem, to pisać się nie chce, w ogóle nic się nie chce, szczególnie rano z łóżka wstawać. Wkradają się myśli do głowy, że wszystko jest bezcelowe, i tak skończy się źle, nie ma sensu się starać, a wszystko co można zrobić i wymyśleć, już kiedyś zostało zrobione i wymyślone. I tak dalej, i tak dalej, bzdury, głupoty, szkoda czasu.
Sięgając w przeszłość. Tak, widzę siebie. W kołysce. Byłem złym dzieckiem. Zacząłem mówić wcześnie, zanim stuknął mi roczek, a nowo nabytą umiejętność od razu wykorzystywałem do celów niecnych. Kazałem się kołysać nieustannie, darłem się nie chcąc spać, ubliżałem ogółowi na szczęście nie znając jeszcze wulgaryzmów. Zacząłem kłamać, co czynię do dziś i uważam za bardzo użyteczne. Rzeczywistość wtedy dla mnie nie istniała, co akurat w tym wieku jest normalne. Świat ograniczał się do kilku osób, kilku czynności, nie było skomplikowanych uczuć i refleksji. Było jednak coś, co wybijało się ponad prozę nieskomplikowanego życia. Bajki, a może raczej baśnie, docierające do mnie za pomocą przekazów różnego rodzaju. Na czytanie zwykle nie było czasu, więc z rozwiązaniem spieszyła nowoczesna technika, niosąc bajki audio na płytach winylowych i kasetach. Kompaktu, drogie dzieci, jeszcze wtedy nie było. Uwielbiałem słuchać po tysiąc razy tych samych klasyków bajkowych, „Alicji w krainie czarów”, „Chatki Puchatka”, „Calineczki” i innych, często mniej znanych, a nawet, rzekłbym, undergroundowych pozycji dla dzieci. Nie odbywało się to przyswajanie banalnych z pozoru historyjek bez perturbacji. O co chodziło w „Chatce Puchatka” zrozumiałem dopiero gdzieś w podstawówce, a pewna kwestia dotycząca „Calineczki” nurtuje mnie do dziś. Mianowicie kret, z którym żywot dzieliła w którymś momencie Calineczka, używał kawałka próchna do rozświetlania podziemnych korytarzy. Jak, na miłość boską, spróchniałe drewno ma świecić? Cóż, może czegoś nie wiem… Nigdy nie byłem jeszcze w norze kreta. Ale, tak było, Hans Christian Andersen i inni jemu podobni uczyli mnie wrażliwości i dociekliwości. Być może dzięki temu nie obruszam się oglądając kolejny film Larsa von Triera, być może właśnie dlatego wolę, żeby świat i literacka fikcja nie były pozbawione śmierci, dziwactwa, cierpienia, być może dlatego zawsze wierzę w pozytywne zakończenie. No, może prawie zawsze.
Idąc dalej. Muszę się do czegoś przyznać, uderzyć się w piersi. Ukorzyć. Ładne słowo, „ukorzyć”, „korzyć”. Któż go dzisiaj używa? Ukorzając się, czy też korząc się (nie wiem, czy to poprawne formy), przyznaję mało uroczyście, że w wieku nastoletnim byłem wiernym czytelnikiem książek Paula Coelho. Cóż, potem młodzież miała czarodzieja z Hogwartu, ja miałem alchemika z pustyni. Trochę wstyd, ale co tam, młody i głupi byłem. Po tym, jak w angielskiej wersji książki tego grafomana pod tytułem „The Valkyries” przeczytałem, że na okładce płyty Beatlesów „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” znajduje się wizerunek szatana, dałem sobie spokój z literaturą tego typu. Potem było już tylko lepiej. Chyba. Dociekliwość moja nie znała i do dziś nie zna granic. Będąc fanem poezji Gałczyńskiego i jednocześnie mając świadomość pewnych słabości tego autora, wprawiła mnie w dosyć dobry humor świetnie znana piosenka wykonywana przez Grechutę:
Ile razem dróg przebytych?
Ile scieżek przedeptanych?
Ile deszczów, ile śniegów
wiszących nad latarniami?
Ile listów, ile rozstań,
ciężkich godzin w miastach wielu?
I znów upór, żeby powstać
i znów iść, i dojść do celu.
Ile w trudzie nieustannym
Wspólnych zmartwień, wspólnych dążeń?
Ile chlebów rozkrajanych?
Pocałunków? Schodów? Książek?
Oczy twe jak piękne świece
A w sercu źródło promienia
Więc ja chciałbym twoje serce
Ocalić od zapomnienia
U twych ramion płaszcz powisa
Krzykliwy, z leśnego ptactwa
Długi przez cały korytarz
Przez podwórze, aż gdzie gwiazda Wenus
A tyś lot i górność chmur
Blask wody i kamienia
Chciałbym oczu twoich chmurność
Ocalić od zapomnienia
Ach jakie piękne, aż się wzruszyłem. Cóż, sprytny wybór z „Pieśni” Gałczyńskiego. A teraz mój wybór z tego samego utworu:
Oto jest nasz dzień codzienny,
nasze małe budowanie,
trud uparty i niezmienny,
nieustanne kształtowanie.
Słońce wschodzi i zachodzi,
drzewa kwitną, liście ronią,
my strumień rzeczywistości
kształtujemy naszą dłonią.
Jesteśmy cząstką w zespole,
z niego płynie nasza siła –
żeby chleb leżał na stole,
a pracom lampa świeciła;
(…)
Nie jesteśmy, by spożywać
urok świata, ale po to,
by go tworzyć i przetaczać
przez czasy jak skałę złotą.
Choćby i po razy tysiąc
osaczyły nas trudności,
my idziemy blaskiem bijąc
w urodę maszyn i roślin.
(…)
Myślę, że po to są wiersze,
ich ruch ku sercu człowieka,
by szerzej szła, coraz szerzej,
przez kontynenty jutrzenka,
światłami po wszystkich placach,
światłami w każdej ulicy,
ta Eos różanopalca
z dumną twarzą robotnicy.
Tak, Eos z twarzą robotnicy, uroda maszyn, piękno, rytmika prawie marszowa, maszerujmy więc niosąc naszą ideę reszcie świata. Dlaczego tego nikt nie śpiewa? Przecież też ładne i wzruszające. Pełni jesteśmy sprzeczności, pełen sprzeczności był Gałczyński, pełen sprzeczności jest cały boży świat. Fakt, tylko dociekliwi to dostrzegają i przysparzają sobie przez to sporych problemów natury różnorakiej. Czy przez to mniej lubię Gałczyńskiego? Ależ skąd! Jestem również dosyć wyrozumiały i tolerancyjny, też zapewne dzięki bajkom.
Inny miał być tytuł tych moich wypocin, długo nie mogłem się zdecydować co napisać, jak napisać, czy napisać, kiedy napisać, po co napisać, etc., a kiedy już prawie napisałem, przeczytałem, że jutro Polska straci suwerenność. Tak przynajmniej twierdzi Janusz Korwin-Mikke. Tak więc, żegnając się z ojczyzną przepraszam za chaos powyższej formy, obiecuję poprawę również w wymiarze systematyczności pisania. Nie rzucim ziemi skąd nasz ród!
Opublikował/a kiffi 
Opublikował/a kiffi
Opublikował/a kiffi